piątek, 20 stycznia 2012

Rozdział 3

Zaokrętowałem się w ostatniej chwili. Głównie dlatego, że po drodze do Belfastu złapaliśmy gumę i Rafał przez kwadrans zmieniał koło. Ostatecznie jednak zdążyłem na statek i nim jeszcze postawiłem stopę na pokładzie pasażerskim, wielkie silniki zagrały i prom ruszył w kierunku szkockiego wybrzeża. Rafał pomachał mi na pożegnanie.
Pogoda była dość marna. To właściwie eufemizm. Żeby byś ścisłym powinienem powiedzieć: strasznie nakurwiało. Deszcz, wiatr. Masakra. Dziewięć stopni Beauforta, jak dowiedziałem się od pracownika portu.
Noc bez gwiazd to nie noc. Tym niemniej nie bardzo chciało mi się siedzieć w barze. Ubrałem zatem ciepłą kurtkę z kapturem i wytarabaniłem się na pokład spacerowy. Trochę połaziłem, trochę pomarzłem, a trochę pomokłem. Nic ciekawego, jednak – o dziwo – całkiem sporo przyjemności przyniosły mi doznania związane ze spędzaniem sztormu na morzu. To fantastyczna zabawa. Gorąco polecam.
Kiedy zmarzłem już do tego stopnia, że postanowiłem spożyć w knajpie szklankę rumu, zobaczyłem tego człowieka. Stał przy relingu spoglądając w czerń nocy.
-Hej. Co robisz? – zapytałem. Odwrócił się błyskawicznie w moją stronę. Zaskoczyłem go.
-Ja… Chyba skaczę.
-Jak to?
-No. Zabiję się.
-Żartujesz? W taką pogodę? Wiesz jak zimna musi być woda? Nic przyjemnego.
-Tak? Tak. Ale ja skoczę.
-I nawet nikt tego nie zobaczy. Nikt się nie dowie. Poczekaj choć do portu. Szybko cię znajdą i w ogóle. Będą o tym gadać przez tydzień.
-Ale ja się chcę zabić dla siebie! A nie dla innych.
Facet trząsł się jak osika. Zastanawiałem się, czy faktycznie mógłby to zrobić, ale wyglądał na takiego, dla którego sam skok z kilkunastu metrów jest zbyt przerażający, by choćby przełożyć nogę za barierkę. O śmierci nie wspominając.
-Mam piwo. Chcesz? – zapytałem nieszczęśnika. Właściwie trochę już mi się znudziło zabawianie samego siebie. A pogadać – fajna rzecz. Nawet z zeschizowanym schizofrenikiem.
-Ja nie mogę – odparł – jestem tu samochodem.
-Ale przecież skaczesz. – Nie dałem się zbić z tropu.
-A tak. Zapomniałem. To może daj. A jakie masz?
-Polskie.
-Nie znam. Ale mogę spróbować.
-Dasz mi swój samochód? No wiesz, jak już skoczysz.
-Do diabła człowieku. Myślałem, że chcesz mnie uratować. Od godziny sterczę przy tym zasranym relingu i czekam, aż ktoś mnie od tego wszystkiego odwiedzie. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę będę musiał skoczy. Co za świat. Zupełny brak wrażliwości.
-A… Znaczy się, że potrzebujesz pogadać. No dobra. Mnie akurat również się trochę nudzi.
Starałem się to wszystko wypowiedzieć z tonem świadczącym o kompletnej obojętności, choć mówiąc szczerze – chciało mi się trochę śmiać. Nie co dzień spotyka się samobójcę-filozofa- malkontenta.
-Dobra – zadecydowałem – to idziemy do baru.
-E, nie. W barze już byłem – mój nowy przyjaciel wyraźnie się strapił, co poskutkowało jeszcze kilkoma dodatkowymi punktami na jego skali żałości.
-I?
-I mnie wywalili. Barman to pedał.
-Skąd wiesz?
-A skąd mam wiedzieć? Nie wiem. Ale na pewno, bo jak mu to powiedziałem, to mnie wywalił.
-A to kawał drania – rzekłem z absolutnie perfekcyjnie udawanym przejęciem – to chodźmy na rufę. Tam są takie fajne ławeczki.
-W taką piździawę? Pochorujemy się.
-Mięczak. Zresztą, i tak jest tam cieplej niż w miejscu, do którego się chwilę temu wybierałeś.
-Znaczy się gdzie?
-Znaczy się w morzu, rzecz jasna.
-Aha. E, nie będę skakał. Zresztą i tak nie umiem pływać. Ale za to mam fajny pomysł.
Zaczęło się robić ciekawie. Statek jęczał i charczał. Fale wściekle rąbały w burty, ale stalowy kolos przyjmował te ataki wcale dzielnie. Leniwie kołysał się na boki, to w lewo, to w prawo. A potem znów w lewo – i tak do znudzenia. A może do nudności?
Mój towarzysz, jako że wymyślił sobie, że sprawi mi niespodziankę, nie powiedział, dokąd idziemy. Za to, jak na przewodnika przystało, dziarsko ruszył przodem, po śliskim pokładzie. Już po niecałej minucie zaliczył spektakularną glebę, po której nauczyłem się kilkunastu nowych przekleństw po angielsku. Nie miałem przy sobie kompasu, a i niebo nieszczególnie nadawało się obecnie do wyznaczania kierunku, ale i bez tego można było się zorientować, że kierujemy się ku rufie. Chciałem nawet zwymyślać niedoszłego topielca, że ukradł mi pomysł, ale ten, tuż przed schodami na galeryjkę, zatrzymał się nagle i wskazał mi metalowe drzwi. Sam zapewne nigdy bym ich nie zauważył. Za dużo energii kosztowało mnie odpędzenie z pola widzenia irytującej mgiełki, by jeszcze szukać ukrytych przejść. A te drzwi dokładnie tak wyglądały. Jak tajne wejście do tajnego korytarza, wiodącego do tajnej komnaty, czy gdzieś tam. Były zupełnie białe, a więc w kolorze nadbudówki. Nie miały żadnej wyraźnej klamki, ani nawet porządnej framugi. Ot, kawał dziury zasłonięty metalową blachą. Po środku blachy, w miejscu gdzie każde przyzwoite drzwi mają zamek, znajdowała się dziwna, kwadratowa  dziura. Ani chybi służąca do otwierania i zamykania sezamu.
-Spoko – rzekł najgorszy samobójca świata – mam na to patent.
I faktycznie. Wyciągnął zza pazuchy coś, co teoretycznie mogło przypominać jakiś rodzaj klamki. Wsunął to ustrojstwo do dziury  w drzwiach i przekręcił. Dało się słyszeć cichy zgrzyt i wrota usunęły się z miejsca.
-Czy to aby legalne? – Zapytałem nieco przestraszony.
-Mięczak – rzucił mi tamten i zaraz znikł w czarnej dziurze. Przegiął. Mnie nazywać mięczakiem. Poszedłem więc za nim. Okazało się jednak, że drzwi nie prowadzą do żadnego pomieszczenia, tylko do małej, nieco przesłoniętej platformy. Było tam całkiem przyjemnie, bo nie wiało, ale widziałem, że mój towarzysz kieruje się dalej. Ku prowadzącym w kierunku rufy schodkom. Były dość śliskie, więc schodziliśmy powoli. Na samym dole trafiliśmy na kolejne drzwi.
-Ty – zagadnąłem – co mam napisać na twoim nagrobku?
-Może coś w stylu: „Zginął, bo jego żona, ta głupia suka…”
-Nie. Nie. Chodziło mi raczej o Twoje imię.
-A. Harri. Harri Logan. – Harri Logan zgrabnym ruchem ściągnął grubą rękawiczkę i podał mi dłoń. Jak na prawie-trupa, uścisk miał wyjątkowo mocny. – A Ty? – Zapytał.
-Ja? Ja jestem Duch.
-Duch? Jak taki, co straszy?
-No.
-Fajno. No to chodź Duchu. Już prawie jesteśmy.
-Skąd znasz takie miejsca?
-Pływa się trochę w tę i z powrotem. A zresztą. Mój brat pracuje na tym statku i mi pokazał.
-Twój brat pływa? Jako kto?
-Jako barman.
Nie miałem więcej pytań. Harri raz jeszcze użył swojego wytrycha. Zamek jęknął. Drzwi otworzyły się i momentalnie uderzył mnie w twarz zimny wiatr. Musiałem aż przymknąć oczy, ale nawet pomimo tego zorientowałem się od razu, że jesteśmy na rufie głównego pokładu. Tuż przed moim nosem stały dwie wielkie ciężarówki – cysterny, które widziałem wcześniej z galerii deku pasażerskiego. Spojrzałem w morze – widok byłby zniewalający, gdyby nie fakt, że było ciemno i zasadniczo widok nie występował.
-Ekstra miejscówa – wrzasnąłem by przebić się przez huk fal i wiatru zwielokrotniony dodatkowo warkotem śrub okrętowych – ale bynajmniej nie cieplej niż na galeryjce.
-Tak ci się tylko zdaje! Chodź.
Harri podszedł do jednej z ciężarówek. Wielki, czerwony Man co chwila przyjmował na klatę potężne ilości wody. Wiatr wpadał we wszystkie możliwe otwory lory i odgrywał w nich naprawdę ciekawe melodie. Dość niespodziewanie Logan szarpnął za klamkę umieszczoną na tyłku namalowanej na drzwiach TIRa dziewczyny. Drzwi otworzyły się.
-No chodź, mięczaku. Tylko uważaj na fale, szczurze lądowy.
Po kilku próbach udało mi się w końcu oderwać od ściany i doślizgać do auta. Wgramoliłem się do środka i zatrzasnąłem drzwi. Huk natychmiast zniknął, a gwizd stał się znacznie cichszy. No i zrobiło się dużo cieplej.
-Spoko – powiedział Harri tonem tak przekonującym, że prawie mu uwierzyłem – są bardzo mocno przywiązane łańcuchami. Nie ma szans, żeby nas zmyło. Mój brat uosobicie je przywiązuje.
-Barman? – nie żebym wątpił w jego kompetencje, ale na wszelki wypadek ułożyłem sobie szybciutko w głowie plan ewakuacji, na wypadek, gdyby schabowy wychodził bratu Harriego lepiej niż na ten przykład wiązanie łańcuchów.
-No co ty. Mój drugi brat. Juha. Barman to Matti.
-Aha. Dużo tu jeszcze Loganów?
-Nie, tylko oni.
-Finowie z pochodzenia?
-Skąd wiesz?
-Cóż. Te imiona…
Spojrzałem na wielką, panoramiczną szybę Mana i poczułem się trochę jak w automatycznej myjni samochodowej.
-A do stacyjki też masz kluczyk? Odpalilibyśmy sobie wycieraczki, co by wiedzieć, czy już nas zmyło, czy może jeszcze nie. Harri zaśmiał się.
-Ale z ciebie walnięty skurczybyk – rzekł i walnął mnie otwartą dłonią w plecy. Heh. Przyganiał kocioł garnkowi.
Platforma, na której stały ciężarówki oświetlona była bladym światłem pokładowej lampy. Mogłem się w końcu nieco lepiej przyjrzeć mojemu dziwnemu towarzyszowi. Był dość wysoki, wyższy niż ja, a wrażenie to potęgował fakt, iż raczej nie należał do najtęższych. Delikatnie powiedziawszy. Zdziwiłem się też nieco tym, że jego twarz bynajmniej nie wyglądała na młodą. Niedbały zarost przyprószony był tu i ówdzie siwymi plamkami. Harri wyglądał na faceta zmęczonego życiem.
-Masz tam coś innego do picia, niż piwo?
-Uhm. Red Bull może być?
-Jasne, człowieku.
Harri bezczelnie zapalił papierosa. Poszedłem w jego ślady.
-No dobra. To gotów wysłuchać historii mego życia? – zapytał mnie fiński Szkot.
-Taa.
-No więc wyobraź sobie, że moja żona – ta suka – zostawiła mnie po dziesięciu latach małżeństwa.
Zapanowała cisza, mącona jedynie cichym pogwizdywaniem wiatru i dziwnymi, lekko niepokojącymi zgrzytami stali. Pewnie jakieś ogniwa jakichś łańcuchów właśnie pękały i jakieś ciężarówki, z jakimiś pasażerami na gapę zaraz znajdą się w wyjątkowo poirytowanym Morzu Irlandzkim. Odczekałem chwilę, spodziewając się kontynuacji wątku ze strony Harriego, ale się nie doczekałem.
-I? – zachęciłem.
-Co i? I tyle. A co byś jeszcze chciał? Żebym zbankrutował? Umierał na jakąś paskudną, nieuleczalną chorobę i w dodatku był  genetycznie uwarunkowanym impotentem - do piątego pokolenia wstecz? Ładny z ciebie potencjalny przyjaciel. Nie ma co.
-No, nie… Ale jak na historię życia, to dość niewiele powiedziałeś.
-Ona była całym moim życiem – powiedział Harri, a w jego głosie po raz pierwszy tego wieczora usłyszałem smutek. Nieudawany.
-Baby to chuje – rzekłem sentencjonalnie. Odruchowo dotknąłem szyi. Pierścionek wciąż wisiał na złotym łańcuszku. Logan dostrzegł mój ruch.
-Hej. Co tam masz?
-Pierścionek zaręczynowy.
-Czemu akurat tam? Na szyi w sensie? Takie rzeczy się nosi gdzie indziej. I nosi je kto inny.
-Co ty powiesz? Wyobraź sobie, że ja też nie mam lekkiego życia z taką jedną.
Harri zasępił się. I ja też się zasępiłem. I siedzieliśmy sobie tacy zasępieni wewnątrz wygodnej kabiny targanego wiatrem i falami Mana. Krótka podróż powoli dobiegała końca.
-Dobra, kurna – rzekł w końcu Harri. – Musimy stąd spadać, bo jak dorwie nas mój brat, to czeka nas przeciąganie pod kilem.
-Ty. A co właściwie jest w tych ciężarówkach? W sensie, że po co je wiozą tu,
na rufie? Zamiast, dajmy na to… Niech pomyślę… Wiem. Na przykład na car decku, gdzie stoi jakieś dwieście podobnych pojazdów – nie byłem pewien, czy moja ironia została wyjątkowo silnie zaakcentowana, tak czy inaczej mój towarzysz zdawał się jej nie zauważać.
-A – odparł – bo to nie pasażerowie. To wozy techniczne. Wiozą zapasowe paliwo, na wypadek, gdyby z jakiegoś powodu zabrakło go na morzu.
-O kurwa – rzuciłem, a nim jeszcze w moich ustach zabrzmiało przeciągłe „aaaa”, zdążyłem już błyskawicznym ruchem zgasić papierosa o pierwszą lepszą powierzchnię, którą napotkała moja ręka. Kierowca nie będzie zadowolony. Boczna szyba wyglądała znaczne lepiej, kiedy nie była osmalona. Harri śmiał się do rozpuku.
-Aha. Czyli to żart. Ale z ciebie walnięty skurczybyk – rzekłem.
Tymczasem statek wydał ze swych trzewi głuchy, przejmujący i wyjątkowo przeciągły jęk.
-Syrena. Wchodzimy do Strangroar. Lepiej stąd spadajmy – powiedział szybko Harri, po czym otworzył drzwi. Ja otworzyłem swoje, wyskoczyłem na zewnątrz i lekkim zdziwieniem stwierdziłem, że stoję oko w oko z rudobrodym grubasem. No, może sformułowanie „oko w oko” nieszczególnie pasuje do sytuacji, grubas miał bowiem ze dwa metry wzrostu i spoglądał na mnie z góry. Wyjątkowo groźnie.
-Patrz Juha, co my tu mamy. Pasażer na gapę.
-Eeeee – uderzyłem go w twarz elokwencją – zasadniczo to mam bilet, więc…
-Ach więc masz bilet. No to szkoda. W takim razie odpowiesz za włamanie do samochodu.
-Chociaż z drugiej strony – odpowiedziałem bez szczególnego ociągania – jest
prawdopodobne, iż zostawiłem go w innych spodniach. Więc chyba jestem pasażerem na gapę.
Wybuchł gromki śmiech. Wyglądało na to, że mężczyzn jest co najmniej pięciu. Wraz z moim prześladowcą obeszliśmy kabinę ciężarówki. Zobaczyłem Harriego i drugiego Harriego, który musiał być Juhą. Wyglądali dokładnie tak samo. Bliźniaki, kurde. Z tym, że jeden Harri trzymał drugiego Harriego za kołnierz, co zasadniczo upraszczało problem identyfikacji.
-Moglibyście sobie przyczepić jakieś wstążeczki? – Zapytałem – Jeden niebieską, a drugi czerwoną, albo coś.
-Zgodnie z prawem morskim – rzekł Juha nie zwracając uwagi na moje uwagi –karą za podróż na gapę, jest przeciąganie pod kilem. Dawajcie linę chłopaki.
-Chwileczkę. Przed wypłynięciem przeczytałem wszystkie książki dotyczące prawa
morskiego i okolic. Nic tam nie było o przeciąganiu pod kilem. Toteż wydaje mi się, iż nastąpiło drobne…
Przerwał mi ponowny wybuch śmiechu. Jakiś wielki Murzyn rzucił u moich stóp zwój liny. Stalowej. Chłop musiał być silniejszy od Pudziana. Załoga rechotała wiążąc nam ręce z tyłu tułowia. Harri – ten właściwy – nie odezwał się ani słowem. To nie świadczyło zbyt dobrze. Chyba się trochę przestraszyłem. Kto wie do czego zdolna była ta banda. Gdyby rozpatrywać ten temat z logicznego punktu widzenia, należałoby zaznaczyć, że jedyną osobą, która to wie, jest zapewne Harri. Jednak jego nieciekawa mina zniechęciła mnie do korzystania z dobrodziejstw logiki.
-No to co – rzucił Juha, dawać ich do…
-Ja się kurrrrwa uprzejmie pytam – zaryczał nam nad głowami głos z megafonu – kto nas w końcu łaskawie przycumuje do nabrzeża!
Chłopaki momentalnie zapomnieli o swojej średniowiecznej formie rozrywki i natychmiast rzucili się do burt.
-Duchu, zamknij ich w ciupie. Potem się zastanowimy, co z nimi zrobimy. – Krzyknął Juha, chwytając wielki zwój liny cumowniczej.
-Ja - zdziwiłem się?
-Nie. Ja! – rzekł wielki Murzyn.
-Ale fajnie. Tak samo się nazywamy.
-Może jesteśmy braćmi.
-Będę musiał o tym pogadać z mamusią! – to rzekłszy uległem brutalnej sile, która pchnęła mnie w nieokreślonym kierunku. Jedną ręką. Drugą nadawała wektor Harriemu.
„Ciupa” okazała się być czymś na kształt starego magazynu na miotły. Miała może z 5 metrów kwadratowych i śmierdziało w niej nieświeżą wodą. Duch bezceremonialnie wepchnął nas do środka i zamknął drzwi na zewnętrzną zasuwę.
-No to nieźle – powiedziałem. Zacząłem się trochę martwić. Ostatecznie byliśmy już w porcie i chciałem w miarę szybko opuścić tę cudna łajbę, żeby poszukać jakiegoś pociągu na północ. Ale cóż. Harri nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Odniosłem nawet wrażenie, że nie pierwszy raz trafił do „ciupy”. Zwalił stare, metalowe wiadra z mocno zakurzonej półki na ścianie, a następnie wyciągnął się na niej jak na koi.
-Proponuję ci zrobić to samo – rzekł. – To może nieco potrwać.
Niechętnie przygotowałem sobie miejsce do leżenia. Z kosza stojącego na sąsiednim regaliku wyciągnąłem kilka szmat, by zetrzeć nieco kurzu z mojego nowego łóżka. Ale powąchawszy je stwierdziłem, że w sumie kurz wcale nie jest taki zły i zapewne łatwiej mi się będzie przyzwyczaić do niego, niż do zapachu stęchlizny i pleśni bijącego od tego, co kiedyś było zapewne całkiem modnym, kobiecym sweterkiem.
Chcąc, nie chcąc, położyłem się na półce. Moje ciało błyskawicznie przypomniało mi, że od dłuższego czasu nie było już poddawane procesowi regeneracji. Z miejsca zakręciło mi się w głowie, która była obecnie nienaturalnie ciężka. Chyba nawet ziewnąłem.
-Co robisz, Harri?
-Nic. Leżę.
-Chodzi mi o to, co robisz na co dzień. Czym się zajmujesz?
-A. Pływam.
-Poważnie? – poniosłem się z mojego prowizorycznego posłania, momentalnie
zapominając o zmęczeniu i ciężkiej głowie.
-No. Dla stoczni. Doręczam statki do armatora. Czasem robię też fuchy.
-Duże?
-Duże, małe, wszystkie. Mam kilkunastu ludzi w załodze. Potrafimy pływać wszystkim.
-To znaczy, że jesteś kapitanem?
-No tak jakby.
-Tak jakby?
-No jestem, tylko chciałem być skromny.
-Popsuł ci się humor Harri?
-Trochę. Przypomniała mi się żona. A poza tym, przez tych żartownisiów dziś w nocy się zupełnie nie wyśpię. A rano rejs.
-Gdzie płyniesz?
- Wiozę barkę na remont w stoczni Southampton, a za tydzień płynę do awanturników z Logle. Dostarczam im elegancką, nowiutką, ledwie piętnastoletnią łódź ratowniczą. Upierdliwe łajzy w końcu dopięły swego.
-To znaczy?
-No wiesz. Logle to taka mała wiocha na Isle of Skye. Wszyscy mężczyźni są tam rybakami. Ale, że mieszkają dość blisko uczęszczanego szlaku morskiego, nie raz zdarzało im się brać udział w akcjach ratowniczych. Właściwie, to mają i po dziesięć  takich eskapad w roku. Więc kilka lat temu założyli se Kółko Pomocy Morskiej i napisali do rządu, żeby im podarować statek ratowniczy, a oni wtedy, w ramach wolontariatu, będą na nim udzielać pomocy wszystkim potrzebującym.
-Statek? Za darmo? Chyba nie wiedzą ile kosztuje.
-Chyba wiedzą. Ale słuchaj. Istnieje w tej kwestii precedens. Kilkanaście lat temu inna wioska dostała od rządu taką łódkę. W bardzo podobnej sytuacji. Właściwie, to w identycznej. A potem dzięki temu wykonali kilka głośnych akcji ratunkowych. Tyle, że przy wariatach z Logle są jedynie zbieraniną szczurów lądowych.
-Takie chojraki w tym Logle?
-Taa. Pływają z dziada pradziada. Wychodzą w morze w taką pogodę, w jaką ty bałbyś się ruszyć z wyra do kibla. I niejeden im zawdzięcza życie, to trzeba przyznać.
-No to chłopy mają mocne argumenty.
    -Ta. Ale prócz argumentów mają też podziwu godny upór. W niektórych kręgach zwany kurewską upierdliwością.
    A tymczasem zaskrzypiało, zazgrzytało i drzwi „ciupy” otworzyły się z jękiem. Stał w nich Juha.
-Cześć Juha – rzekłem. – Długo jeszcze będziemy tu siedzieć?
Bracia spojrzeli się na mnie z ukosa. Obaj.
-Ty – powiedział Harri, a ton jego głosu świadczył, że popełniłem jakieś bliżej
niezidentyfikowane faux pass. – Nie rób wiochy. Przecież to Matti – barman i kucharz w jednym..
No bez jaj. Trojaczki?
-Niezła z was rodzinka – podsumowałem. - Masz żółtą wstążeczkę?
Matti raczej nie zrozumiał o co mi chodzi, ale zupełnie się tym nie przejąłem, bo gość właśnie wtoczył do wnętrza naszego więzienia kilka nutek osobliwego, pikantnego zapachu.
-Macie szczęście, że mam miękkie serce – rzekł barman, po czym postawił przed nami dwa wielkie talerze z pizzą. Następnie zwrócił się do mnie – a także, że nie skąpiłeś na napiwku w barze.
-Cała przyjemność po mojej stronie – rzuciłem, chwytając pierwszy lepszy kawałek pizzy. Smakowała wybornie. Matti tymczasem wycofał się na z góry upatrzoną pozycję, to jest za drzwi. Sztaba zgrzytnęła ponownie. A więc nasza niedola nie zakończyła się jeszcze, ale jakież to miało teraz znaczenie? Ta szyneczka, pyszny, roztopiony serek, cudowne, pachnące oliwki, mniam, mniam, mniam.
-To tfo f tymi ybakami? F kącu fypfofili?
-W końcu wyprosili. A raczej wymusili. Wyobraź sobie. Przez pięć lat, dzień w dzień przysyłali list. Zawsze tej samej treści. Zawsze ze wszystkimi podpisami, formułkami etc. etc. Do przesyłki załączali wciąż pogarszającą się statystykę wypadków w regionie. Czasem w kopercie znajdował się też pełen żalu i nostalgii list którejś z żon naszych dzielnych rybaków, złorzeczącej na cały świat, zżeranej przez strach, że jej biedny mąż, by ratować ludzi, wypływa w morze starym trupem. Że nie mają warunków i takie tam pierdoły. Osobiście uważam, że ściągają gotowce z netu. No i w końcu jeden z lordów stracił cierpliwość. Za własną kasę kupił jakiś złom, po czym kazał go wyremontować i wysłać do Logle. W zamian zażądał podpisu pod dokumentem o treści – cytuję: „My, niżej podpisani rybacy z Lolge przyjmujemy Pański dar i niniejszym przysięgamy się w końcu od pana odpierdolić". Nie kituję. Przypomnij mi potem, to ci pokażę, bo mam ten papier w aucie.
Dźwięk, a raczej cała seria dziwnych dźwięków, wydawanych przez kadłub, lekko mnie zaniepokoiła. Spojrzałem na Harriego.
-Wypływamy – rzekł nieco zbyt odkrywczo.
-Ale jak to?
-Tak to. To masz jeszcze tego browara? Bo chyba przez najbliższe kilka godzin nie będę jednak prowadził.
Faktycznie, wypłynęliśmy. Silniki zapracowały głośniej, a nasze stalowe więzienie
nieznośnie zawibrowało. Statkiem zabujało i Harri zwalił się ze swojej półki.
-Cholera – wrzasnął – robią to celowo!
-Z pewnością Hari.
Kilka minut później nieoczekiwanie drzwi ię uchyliły i stanął w nich Duch i któryś z
Loganów – zapewne Juha, ale własną juchą bym nie poręczył.
-Dobra – rzekł Duch. – Wyłazić.
Dwa razy nam tego powtarzać nie było trzeba. Zerwałem się z mojej prowizorycznej koi. Harri wyskoczył na zewnątrz. Szybko pokonał krótki korytarz i już po chwili wciągał w nozdrza powiew świeżego, zatokowego powietrza. Po kilku chwilach dogoniłem go i obaj znów staliśmy na rufowej platformie. Wpatrywałem się w dwie, zupełnie nowe ciężarówki. Często zmieniają paliwo. Chyba nie słyszeli o kryzysie.
-Ej wy – rzekł naraz Juha – macie bilet na rejs do Belfastu?
-Ale… - zająknąłem się, a błysk w oku wielkiego Murzyna wybitnie mi się nie spodobał.
-Nie macie? No to z powrotem do ciupy – powiedział przez wyszczerzone zęby Duch, po czym chwycił mnie za kołnierz tak mocno, że niemal oderwałem się od ziemi. Kilkoma wprawnymi ruchami umieścił mnie z powrotem w składziku. Za moment przez drzwi wpadł również wściekły Harri. Nauczyłem się kolejnej porcji przekleństw, tym razem chyba jednak również gealickich a może nawet fińskich. Pięknie.
Harri był naprawdę wściekły. Walił w drzwi tak mocno, że bałem się iż połamie kadłub i zatoniemy. I nie bez powodu chyba.
-Albo nas stąd wypuścicie bando patałachów, albo natychmiast zatopię statek – darł się w niebogłosy. Zza drzwi dobiegał rubaszny śmiech załogi. Chyba mieli naprawdę niezły ubaw naszym kosztem.
-Ja nie żartuję – wrzeszczał nadal Harri – bando tępych sukinsynów. A niechże wasze matki… - i tu dodał co faktycznie myślał o ich matkach, a myślał wiele i zasadniczo niezbyt dobrze. Ciekawe czy ów zbiór plugawionych matek zawierał również rodzicielkę Juhy. To by było ciekawe, prawda?
Zmęczywszy się, Harri zamknął w końcu jadaczkę i jak długi zwalił się na półkę. Spojrzał na mnie z byka.
-Ty, a coś ty taki wesoły? – spytał podejrzliwie.
-A zobaczysz – odparłem tajemniczo, a mój uśmiech musiał być chyba wyjątkowo chytrej natury, bo Harri zatarł ręce i zachichrał złośliwie.
I faktycznie, nie minęło nawet 5 minut, gdy…
-Kurrrrrrrwwwaaaa!!!!! – dobiegło z rufy. Nim jeszcze drzwi się otworzyły, przyjąłem absolutnie niewinną minę. Jestem przekonany, że mógłbym za jej pomocą nawracać na chrześcijaństwo zabójców z Czarnego Września.
Huknęło. Drzwi rozwarły się i stanął w nich mokry i wściekły rudobrody wielkolud. Ten sam, który miał zaszczyt pojmać mnie jako pierwszy.
-Gdzie jest kłódka? – wrzasnął.
-Jaka kłódka? – zapytał Harri.
-Jaka kłódka? – zapytałem ja.
-Ja ci zaraz pokażę jaka – odparł rudzielec sapiąc wściekle – po czym rzucił się w moim kierunku. Jak na takiego tłuściocha wyjątkowo zwinnie i szybko się poruszał.
-Aaaa, ta kłódka – zajarzyłem w końcu, jednocześnie wybijając mu potężnym żelaznym klocem dwie górne jedynki. Cios wyszedł mi pierwsza klasa. Na kłódce nie było nawet rysy. Rudzielec bez słowa rozścielił swe cielsko na podłodze.
-Spadamy – rzuciłem do Harriego, który nawet jeśli zbladł, to nie dał tego po sobie poznać.
-Aleś mu przypierdolił – rzekł z niekłamanym uznaniem, a moje serce wypełniło
się dumą.
Wyskoczyliśmy na pokład. Długo pamiętałem potem to, co tam zobaczyłem. Z dwóch wielkich ciężarówek na swoim miejscu została tylko jedna. Druga przesuwała się właśnie po pokładzie w stronę krawędzi statku. Jeszcze moment i zsunie się we wzburzoną otchłań. Dziesięciu wielkich marynarzy - i jeden nieduży Juha – prężyło muskuły usiłując utrzymać pojazd na wielkich stalowych łańcuchach. Niestety, brakowało im jednego istotnego elementu. Kłódki, którą zabrałem chwilę wcześniej. Statek bujał się na falach a ciężarówka jeździła w tę i z powrotem po mokrym pokładzie. Już zdawało się, że rozpędzona maszyna uderzy w drugi pojazd, gdy gwałtowny przechył statku rzucał nią w przeciwną stronę. Duch chyba jednak nie był tak silny, jak Pudzian, bo wraz z innymi zupełnie nie mógł sobie poradzić z plątaniną łańcuchów.
Jeden z gwałtowniejszych podmuchów wiatru rzucił na pokład spienioną falę, która trafiła Juhę prosto w plecy. Juha upadł i ześlizgnął się po pokładzie, wprost za burtę. Był już obiema nogami nad przepaścią, ale jakimś cudem zdołał się uchwycić rękami relingu. W jednej chwili Harri rzucił się w jego stronę. Był zwinny jak kot. Przebiegł kilkanaście metrów po mokrym pokładzie a potem rzucił się nogami do przodu, ku barierze. Stopami zaparł się o reling, a dłońmi chwycił za rękawy sztormiaka Juhy.
Ja w tym czasie skoczyłem w kierunku tańczącej po pokładzie ciężarówki. Wiedziałem, że muszę spiąć ze sobą dwa wielkie łańcuchy – jeden biegnący wzdłuż pokładu, przytwierdzony z jednej strony do wielkich haków wspawanych w nadbudówkę, a z drugiej nawinięty na bęben ogromnej zwijarki. I drugi, który przebiegał w poprzek ramy ciężarówki i miał ją dociskać do pokładu.
Wyczekałem aż statek pochylił się na sterburtę i kopiując wiernie wślizg Harriergo sprzed kilku sekund, dostałem się wprost pod tylny most tańczącego ciągnika. Huk wiatru i wody zagłuszał wrzaski marynarzy, ale kilka słów zrozumiałem i stanowczo nie była to poezja. Chłopaki chyba nie rozumieli moich intencji. No trudno. Podczołgałem się metr w kierunku przodu pojazdu. Usłyszałem kolejne przekleństwa i kątem oka zauważyłem, że przednia oś oddala się ode mnie. Ułamek sekundy wystarczył mi, by zrozumieć grozę sytuacji. Błyskawicznym ruchem przekręciłem się na plecy, przesuwając jednocześnie w stronę środka ciągnika ciągnika.
Niespełna jedno „kurwa” później, tuż obok mojej twarzy przetoczył się ciężki gumowy bliźniak Micheline’a. Zacząłem doceniać werbalną pomoc chłopaków. Ich przekleństwa uratowały mi życie. Tymczasem jednak sytuacja stawała się coraz
trudniejsza. Przez moment w polu mojego wzroku pojawili się obaj Loganowie. A więc nic im nie jest. Nie rozróżniałem ich obecnie, ale obaj z całych sił ciągnęli łańcuch uczepiony do ramy ciężarówki.
-Harri! – wrzasnąłem – musicie naciągnąć łańcuchy na siebie!
-Co?
-Łańcuchy. Skrzyżujcie łańcuchy a ja je zepnę!
Harri chyba pojął, bo krzyknął coś w kierunku reszty. Wszystkie ręce ciągnęły teraz w jednym kierunku. Auto powoli, milimetr po milimetrze przesuwało się bokiem w kierunku łańcucha wzdłużnego. Co jakiś czas wściekła fala przesuwała auto w tę lub z powrotem. Kilka razy musiałem jeszcze unikać toczących się w moją stronę kół, ale ostatecznie załodze udało się skrzyżować łańcuchy. Teraz wszystko zależało ode mnie. Wstrzymałem powietrze. Czas zwolnił. Byłem skupiony do granic możliwości. Wyczekałem aż statek znajdzie się we w miarę horyzontalnej pozycji. Teraz! Szybkim ruchem złączyłem ze sobą ogniwa łańcucha poprzecznego i podłużnego. Już prawie zapiąłem je skoblem kłódki, ale w tym momencie statkiem szarpnęło i ogniwa rozwarły się z wielką siłą a kłódka poleciała po pokładzie w stronę burty. Duch, który był najbliżej, puścił łańcuch i zanurkował po kłódkę. Złapał ją, po czym pchnął po pokładzie w moim kierunku. Załoga w tym czasie ponownie naciągnęła łańcuchy na siebie. Widziałem już, że muszę zaatakować ogniwa trochę wcześniej, bo inaczej
znów nie zdążę ich spiąć. Ale jeśli zrobię to za szybko, to mogą mi zmiażdżyć palce. Pech.
Tymczasem marynarze powoli tracili kontrolę nad sytuacją. Auto znów zaczęło się przesuwać w stronę burty. Nie mogłem już czekać. Zamknąłem na chwilę oczy, nabrałem powietrza i najszybciej jak potrafiłem, spiąłem oba łańcuchy. Głuchy trzask upewnił mnie, że zamek działa. Spięte ogniwa zwarły się ze sobą. Ogromny ciągnik z naczepą został spętany jak wół. Usłyszałem okrzyki. Jakieś wielkie łapy wsunęły się pod ciężarówkę i chwyciły mnie za frak. Po pokładzie przelewała się woda. Juha zameldował coś przez krótkofalówkę – zapewne nadał informację o powodzeniu akcji na mostek. Marynarze - w tym bezzębny rudzielec, który - jak widać - zdążył się już ocknąć i który obecnie trzymał mnie za frak - co nie wróżyło niczego dobrego – wskoczyli szybko na korytarz, po czym wbiegli po schodach na górę. Tam skierowali się ku ciężkim drzwiom w środkowej części nadbudówki. Wbiegliśmy do środka. Ktoś zatrzasnął drzwi. Zrobiło się cicho i ciepło. W końcu.
Marynarze sapali i jęczeli leżąc plackiem gdzie popadło, ale widać było, że są wściekli. Muszę przyznać, że poczułem pewien niepokój. Pierwszy ciszę przerwał bezzębny.
-Kulwa, zamolduję cię, skulwielu – i nawet ruszył w moim kierunku, ale tym razem z wyraźną rezerwą. Cóż, chyba wyrobiłem już sobie markę. Podniosłem rękę w geście obronnym i rudzielec się zatrzymał.
-Masz mózg? – wściekał się czarny Duch. Mogłeś nas wszystkich pozabijać. A gdyby cysterna wypadła za burtę, to mogła zniszczyć śrubę. W taką pogodę poszlibyśmy na dno, jak kamień.
-A gówno! – wrzasnął biały Duch, znaczy się ja. – Co ty sobie myślisz? Że zabrałbym tę kłódkę, gdyby była zapięta? Któryś z was – patałachy – zostawił ją otwartą. Gdybym jej nie zabrał, to byście dopiero mieli przejebane! Łańcuchy rozerwałyby ją na strzępy i co byście zrobili? Ty! Może połączyłbyś ogniwa swoim wielkim czarnym fiutem? Albo pobiegł szukać zapasowego zamka w magazynie?
Zapanowała cisza.
-Kto zapinał kłódkę po zmianie załadunku? – spytał w końcu Juha.
-Ja – to był Duch.
-Jesteś pewien, że zapiąłeś ją dobrze?
-Zdawało mi się, że… Nie… Być może przez przypadek zostawiłem ją otwartą – przyznał w końcu Duch pocierając dłonią potylicę.
-Dobra – Juha podniósł się z miejsca. – Mam już dość całej tej historii. Zabierzcie tych dwóch do kapitana. Niech on się z nimi męczy.
-Ale Juha… - próbował oponować wciąż obficie krwawiący bezzębny.
-Bez gadania. I rusz dupsko do lekarza, bo się wykrwawisz na śmierć. Harri posłał mi łobuzerski uśmiech.
To był naprawdę duży statek, toteż na mostek szło się przez dłuższą chwilę. Część drogi odbywała się po pokładzie spacerowym, na którym obecnie nie było ani jednego spacerowicza. No, był jeden. Jakiś Japoniec - kamikadze robił zdjęcia rozbryzgującym się o burtę falom.
-Stawiam dziesięć funtów, że jego Toyota albo Nissan nigdy nie ujrzy już swego właściciela – rzekłem.
-Przyjmuję – odparł Duch.
Po mozolnej wspinaczce po schodach, stanęliśmy w końcu u dębowych drzwi z napisem „Mostek. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony.” Duch zapukał.
-Wejść!
Weszliśmy do środka. Takiego widoku się nie spodziewałem. Moim oczom ukazało się nowoczesne centrum dowodzenia. Przez całą szerokość statku ciągnął się rząd ogromnych okien. Pomieszczenie wyglądało jak gigantyczna szklarnia. W centralnym punkcie, ale – o dziwo – znacznie oddalony od szyby, stał wielki skórzany fotel, otoczony cała masą cyfrowych tablic kontrolnych i kilkoma manetkami sterowania. Na fotelu siedział młody mężczyzna. Jego dłonie spoczywały na joysticku, a wzrok na
kolorowym monitorze zwisającym ponad głową z sufitu. Prócz sternika w pomieszczeniu było jeszcze trzech mężczyzn.
-Duch – rzekł w końcu najstarszy z nich – bez wątpienia kapitan.
-Tak, kapitanie? – odrzekł Murzyn.
-Nie ty. Ten drugi Duch – kapitan zbliżył się z szerokim uśmiechem na twarzy i wtedy rozpoznałem w nim Aidena McFlyera.
-Aiden – wykrztusiłem. – Co za miła niespodzianka.
-Kapitanie, to właśnie ci, o których meldowaliśmy – nieśmiało wtrącił zszokowany do granic możliwości czarny Duch.
-Dobrze, dobrze. Idźcie już do swoich zadań.
Duch odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.
-A ty Juha? Co tak stoisz? Nie masz nic do roboty?
-Ale… Ja nie jestem Juha – odparł nie-Juha.
-Tylko niby kto?
-Harri.
-Harri?
-No… Harri Logan. Brat Juhy i Mattiego.
-Bez jaj. Trojaczki?
Czy mówiłem już, że od pierwszej chwili polubiłem tego faceta?
-No dobra. Przebierzcie się w coś suchego i napijcie herbaty, a potem chce się dowiedzieć, jak to się stało, że szczur lądowy o mały włos nie zatopił mojego statku - zaśmiał się Aiden.
-A masz może nieco rumu do tej herbaty? – zapytałem nieśmiało. Kapitan wyszczerzył zęby.
Kiedy kwestie wiktu i opierunku były już uregulowane, rozsiedliśmy się wygodnie w skórzanych, kapitańskich fotelach. Takie podróżowanie, to ja rozumiem.
-Wiesz – zwierzał się kapitan – nie lubię latać, od kiedy zginąłem w katastrofie nad Uzbekistanem.
-Eee, jak by to powiedzieć…
-Wiem, wiem. Spałem, kiedy to się stało. Obudziłem się leżąc w błocie. Wrak płonął. Musiałem się oddalić. Potem przyjechały jakiś służby, ale ja zdążyłem się stamtąd wynieść, no bo co mam im przeszkadzać? To było w latach 70, tuż pod Taszkientem. Złapałem jakąś taksówkę. Byłem cały ubłocony, ale taksiarz i tak wyglądał gorzej ode mnie. Zawiózł mnie do jakiegoś hoteliku bez telefonu. Potem dowiedziałem się, że cały wrak spłonął, wszystkich pasażerów uznano za zmarłych.
-A tobie nic się nie stało.
-Tego bym nie powiedział. Miesiąc spędziłem w szpitalu.
-Obrażenia powypadkowe?
-Obrażenia po żonie. Obraziła się i zrobiła mi pewien hm… wykład. W sumie mogłem się domyślić, że prawie 50 godzin przekonania, że zostało się wdową, może kobietę pchnąć do wałka. Zwłaszcza, jeśli jej mąż zapomni zadzwonić z Taszkientu z informacją, że jest cały. Ach, moja słodka delikatna Ailein. Kooocham ją.
-Harri – zwróciłem się do mojego nowego przyjaciela. – Mam pewną prośbę. Co powiesz, na mały dowcip?
-Ale z ciebie walnięty skurczybyk – uśmiechnął się Harri. – Co ci chodzi ci mózgownicy?
Kilka godzin później zawinęliśmy w końcu do Strangroar. Pożegnałem się z moimi towarzyszami i ruszyłem w kierunku wyjścia. Byłem już w połowie trapu gdy usłyszałem:
-Hej Duchu! Mamy jeszcze pewną niezałatwioną sprawę! – Obejrzałem się i zobaczyłem czarnego Ducha stojącego na pokładzie z lornetką w wielkim imadle. To znaczy, chciałem powiedzieć w dłoni.
-Chodź no tutaj na chwilę.
Niechętnie powlokłem się trapem na górę. Duch podał mi lornetkę i wskazał kierunek.
-Tam, po prawej. Zaraz przed bramą.
Przyłożyłem oczy do okularów. Ostrość trochę nawalała, ale i tak wyraźnie zobaczyłem małe, zielone Mitsubishi Colt. Jego kierowca uśmiechał się szeroko i machał ręką do wszystkich, których zauważył.
-Kurrrrr – rzekłem, wręczając zadowolonemu Duchowi dziesięć funciaków.




http://www.facebook.com/pages/Mona-Projekt-Literacki/326523334048402

środa, 18 stycznia 2012

Rozdział 2

         -Tylko pamiętaj, co ci mówiłem. Możesz iść do każdej knajpy, byle nie do Johna. – Tymi oto słowy pożegnał mnie troskliwy, jak zawsze, Rafał. Sam musiał zostać, bo coś tam, coś tam. Znalazł sobie wymówkę, a tak po prawdzie, to żona mu zabroniła. Dobrze o tym wiem, ale on myśli, że nie wiem. I dobrze, że nie wie, że ja wiem. Co ma się wstydzić przed kumplem?
         A zatem postanowiłem, że pierwszym miejscem, które odwiedzę w Dublinie będzie słynna knajpa „U Johna”.
         Wystrój – nie powiem – całkiem przyjemny. Może gdyby nie te dziury po kulach. Ale i one miały swój urok. Można się przyzwyczaić. Poza tym klientela bardzo różna. Stary gruby białas z wąsem, stary gruby białas bez wąsa, stary gruby białas z wąsem i brodą, stary gruby białas z brodą, ale bez wąsa i tak dalej. Na niektórych kończynach starych grubych białasów z rozmaitymi formami zarostu widniały wytatuowane swastyki, czasem pojawiło się jakieś niewinne, lekko rasistowskie hasełko (Najbardziej podobało mi się jedno. Brzmiało jakoś… A tak, już wiem: „Jebać Czarnuchów!”). Krótko mówiąc: światowo.
         Szafa grająca grała właśnie jakiś skinheadowski szlagier. Niektórzy goście podśpiewywali z cicha. Spojrzałem na spis tytułów. Muszę przyznać, że brzmiały bardzo artystycznie: „Miotacz płomieni, czarnucha wypleni” , „Murzynek Bambo wymienia szambo”, „Jebać Arabów, bo nie lubią krabów” (WTF?), „Żółtki i Indiańce, to pojebańce”, oraz „ Wielkiego pindola ma z Tajlandii Jola”. To ostatnie sobie zapamiętam – na wszelki wypadek.
         Podszedłem do baru żeby zamówić drinka. Barman nie miał wąsów. Ani brody. Kurde, nawet nie był białasem. Facet bez wątpienia pochodził z Chin, albo Japonii. Przecież tam chyba też muszą mieć swoich murzynów, no nie? No więc właśnie facet był czarnym chińczykiem. Albo żółtym Murzynem, trudno powiedzieć. Warę miał grubą jak gruba dżdżownica, oczy skośne, jak skośnooki i skórę czarną jak… A tu już sobie daruję porównanie. W każdym razie trochę zachciało mi się śmiać. Powinien się nazywać John Lee, kurde.
         -Co podać? – zapytał jakiś przygaszony. Czyżby miał zły dzień?
         -Szkocką z lodem.
         Barman napełnił szklaneczkę i postawił ją przede mną na ladzie. Nim jednak zdążyłem po nią sięgnąć, szybkim ruchem chwycił szkło i wylał sobie do gardła zawartość. Biedaczyna. Wzrok miał bardzo smutny, trochę było mi go żal, jednak – kurwa – wypił mojego drinka!
         -Ej. To była moja szkocka!
         -A tak, tak. Przepraszam. – bąknął, po czym błyskawicznie postawił przede mną nową szklankę.  – Osiemnaście Euro!
         -Że jak? – Zdenerwowałem się. – Tu jest napisane, że dziewięć!
         -A za moją, to kto zapłaci?
         -Uhm.
         -No już, nie gniewaj się. To i tak była tania szkocka. Jestem John Lee.
         Bardzo się starałem, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Dostrzegł to.
         -Co? Co? Śmiejesz się z mojego nazwiska? Jesteś taki sam jak oni wszyscy. Jebany rasista!
         -Ależ nie, nie. Nie śmieję się. No, tego. Fajnie się nazywasz. Trochę, jak Bruce Lee. Tylko John.
         -Hm. Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób , ale w sumie masz rację. Może to jakaś moja rodzina?
         -Tak, tak. Z pewnością. Co cię tak trapi, Johnie Lee?
         -No jak to co? Nie widzisz? Te stare rasistowskie pryki! Jestem żółtym Murzynem, więc ulegam zdwojonym atakom na tle rasowym!
         -Przesadzasz.
         -Ej, żółty czarnuchu, przynieś jeszcze po jednym. Tylko szybko, bo pana swędzi ręka – padło zamówienie od któregoś ze stolików.
         -Nic nie mówiłem. Daj mi kawy?
         -Białej, czy czarnej?
         -Białej kurwa, ty dzikusie!
         -Mogłem się domyślić.
         -Ej ty – usłyszałem za plecami – chodź do nas, nie siedź z tą małpą?
         -Nie mogę, jestem uczulony na Homo Neandertalis?
         -Mnie nazywasz pedałem?
         -Nie, nie. To nazwa Twojego drinka.
         Stary rasista spojrzał nieco zdumiony na swoją szklankę z czystą.
         -A ja myślałem, że to Wyborowa. Jebani Polacy.
         Wrócił John i postawił przede mną białą filiżankę z białą kawą.
         -Cukier?
         -Pewnie. Nie, nie ten. Brązowy.
         -Dobra, dobra, panowie, a ten? Jak koledzy nazywali Tigera Woodsa w podstawówce?
         -Nie wiemy. No jak?
         -Czarnuch!
         -Ahahahahahhahahaha!
         -Staaare – wyrwało się Johnowi.
         -Też coś – oburzył się ten ze swastyką na ramieniu. – Co za fatalna obsługa.
         W tej samej chwili rozbrzmiała komórka. Ręki sobie uciąć nie dam, ale wydaje mi się, że z głośniczka dobiegł głos 50 Centa. Największy gerio-skinhead podniósł słuchawkę do ucha.
         -Co? A, tak, tak. Kapusta. Dobrze.
         Łysol podniósł się od stołu. Miał ze dwa metry wzrostu. Powolnym krokiem ruszył ku ladzie. Na wszelki wypadek odsunąłem się nieco, żeby mu nie przeszkadzać w biciu właściciela.
         -To ja uciekam, do zobaczenia za tydzień John.
         -Trzymaj się Steve. Pozdrów Annę.
         -A właśnie – Steve rzucił na ladę kilka banknotów – nie wiesz, gdzie tu kurwa można kupić kapustę o tej porze?
         -Hm. W Tesco?
         -O. Dzięki John.
         -Miłego wieczora Steve. Pamiętaj o maści, którą ci przypisał doktor Robertson.
         -Stary konował - to rzekłszy Steve opuścił lokal.
         -Eee – rzekłem.
         -O co ci chodzi?
         -Zapomniał ci jebnąć.
         -Ach nie, nie. Steve to porządny facet.
         -Uhuu.
         -Popatrz na nich. Stare pryki. Ojcowie, dziadkowie.  Tamten w rogu jest księdzem, ten obok niego to znany laburzysta.  Mickey jest ortopedą, Ron nauczycielem, a Hector kiedyś był aptekarzem. A ten tam, o… Hm, nie znam.
         -John. Posłuchaj mnie, czegoś tu nie rozumiem.
         -Ojej. Raz w tygodniu organizujemy wieczorki rasistowskie. Żeby chłopcy mogli się poczuć, jak kiedyś, za młodu. No wiesz, Ku Klux Klan i te takie.
         -Aha. A ty…
         -A ja jestem czarnym żółtkiem, albo żółtym czarnuchem. Wiesz, jakie oni zostawiają napiwki?
         -Doskonałe kazanie, ojcze Andrew. Kiedy ojciec mówi o miłosierdziu i miłości, to aż chce się słuchać - usłyszałem jednym uchem.
         -No, to żebym cię spotkał w kościele, w niedzielę – wpadło mi drugim.
         -Daj mi jeszcze szkockiej. I sobie też nalej .
         -Dziękuję, jaśnie panie.
         -Rasista.
         John zachichotał, po czym nalał dwie szkockie. Jednak to chyba nie był mój dzień. Nim bowiem sięgnąłem po swoją, jakieś niezidentyfikowane czarne łapsko przejęło mój alkohol. Alkohol Johna też. Czarny Murzyn (w odróżnieniu od Johna – żółtego Murzyna) z kałasznikowem w ręku jednym haustem pochłonął zawartości obu szklanek.
         -O rany, stary. Naucz mnie tego.
         -Morda w kubeł białasie!
         Spojrzałem w tył. W lokalu przybyło kilku gości. Wszyscy byli czarni i mieli kałasznikowy. Mówiłem – zdaje się – że to nie był mój dzień. No więc potwierdzam. Nie był.
         -Glebnąć się na glebę i ani dyga! – wrzasnął mistrz wypijania cudzych drinków.
         -On powiedział, że macie się położyć na ziemi i się nie ruszać – przetłumaczył John.
         -Dzięki czarnuchu. Ale ty też na glebę – kulturalny bandyta nawet niezbyt mocno popchnął barmana na podłogę.
         -A ty na co czekasz? – Zwrócił się do mnie.
         -Ja nie mogę. Mam arachnofobię.
         -Że jak?
         -Panicznie panikuję na widok pająków. A tam w kącie, na podłodze widziałem jednego.
         -A. E. Yy. Dobra. To siedź. Oddaj klamkę?
         -Że jak?
         -Pistolet.
         -A skąd wezmę?
         -Dobra, dobra. Tylko się upewniam.
         -Ej, ja jestem księdzem – krzyknął ksiądz – i mam reumatyzm. Nie mogę leżeć na ziemi.
         -Ściemnia – rzekł John przygryzając resztkę tosta – wczoraj cały dzień leżał krzyżem na posadzce kościoła.
         -Zdrajca i sprzedawczyk.
         -Zemsta jest rozkoszą bogów.
         -Zdrajca, sprzedawczyk i bluźnierca. Wszystko powiem twojej starej matce, jak w końcu przyjdzie do spowiedzi.
         -Nie przyjdzie. Umarła.
         -O. Przykro mi. Zawsze sporo dawała na tacę.
         -Ty, powiedz mi taką rzecz. Kogoś mi przypominasz – John uważnie wpatrywał się w napastnika.
         -Kurde, raczej. Grałem w reklamie Old Spce’a.
         -Aaa tak, siedziałeś na koniu. Dostanę autograf?
         - Pewnie, stary. Dla kogo?
         -Może tak: dla mojego ulubionego…
         -Zaraz. Morda w kubeł. Nie zagaduj mnie. Panowie. Do roboty!
         Z grupy napastników wystąpiło dwóch osiłków. Podeszli do jednego z białasów, znaczy się, zakładników, podnieśli go za fraki i wynieśli do sąsiedniego pokoju.
         -Kto to kurde jest? – Zapytał zdziwiony John. – W życiu go nie widziałem.
         -To chodzące zło. Szatan pod ludzką postacią. – rzucił jakby od niechcenia „spójrz na swojego mężczyznę, a teraz spójrz na mnie”.
         -Może mógłbym pomóc?  Znam się na tych sprawach. – Cicho i bez szczególnej wiary zaproponował Ojciec Andrew.
         -Ryj!
         -Spoko. Nie ma sprawy. Już milczę.
         -Jestem Troy, jak Troja, tylko przez igrek, i od teraz ja tu rządzę. A to – wskazał na kałasznikowa – jest mój Achilles.
         -O kurwa, to mi o czymś przypomniało – wrzasną Mickey – mogę zadzwonić?
         -Eee, tylko nie ode mnie, bo nie mam nic na koncie. – rzekł po chwili zastanowienia Troy.
         -Witam panie Jets– rzucił do słuchawki Mickey – jak pana Achilles? Ach, nadal zerwany. Czy możemy przełożyć nasze poranne spotkanie? Bo wie pan, jestem, eeee, zajęty i pewnie rano nie będę w formie.
         -Nie, żebym się czepiał – zacząłem nieśmiało -  ale Achilles spod Troi nie wrócił, bo...
         -Morda, sabotażysto! Ty tam. Dawaj ten telefon. I na glebę. Na czym to ja…? A, tak. Jestem Troy i od teraz tu rządzę. Więc morda.
         -Kto morda? – padło pytanie z poziomu posadzki.
         -Wszyscy morda – wrzasnął Troy.
         -A. Wszyscy.
         -Psst. Cicho. Miała być morda.
         -A, tak, fakt. Morda.
         -MORDA!!! – przypomniał nieco zbyt głośno Troy. Sprawiał wrażenie zmęczonego.
         -Doktorek unieszkodliwiony – poinformował czarny charakter, który właśnie pojawił się w drzwiach.
         -Świetnie. Zostały nam dwie godziny. Zaraz powinna się zjawić policja. Dobra. Uwaga wszyscy. Mam komunikat. Nie zgrywać bohaterów, to nikomu nic się nie stanie. Nawet temu staremu rasiście. I temu. I temu. I tym dwóm. No, kurwa, w ogóle nikomu.
         -Chce mi się lać – zauważył nauczyciel, bodaj Paul mu było na imię.
         -Zdaje ci się, bo jesteś stary – odparł Troy.
         -Twój stary jest stary, a mnie się chce lać!
         -Kurrr… Terry weź go do kibla.
         -Ej, dlaczego ja? Benny nie może?
         -A co, ja pedzio? Sam pójdę! – obruszył się Paul. I poszedł do kibla.
         -Zabiję się – czarny jockey pierdyknął czołem w blat stołu - Ty, żółtek, nalej mi Whiskey.
         -No nie. To jest szczyt, – skrzywił się John – czarnej połowy już nie zauważa.
         -Okazja czyni rasistę – rzekłem sentencjonalnie.
         -Uwaga. Jesteście otoczeni. Poddajcie się – ryknął jakiś dziwny głos.
         -Oho. Jest kawaleria. – Benny odruchowo skrył się za kontuarem.
         -Mamy zakładników i będziemy ich zabijać, aż ulice spłyną krwią – krzyknął w kierunku ulicy Troy.
         -O ile najpierw nie umrą ze starości - uzupełnił cicho John.
         -Jestem policyjnym negocjatorem. Zadzwoń do mnie pod numer, który widzisz na tej tablicy – to mówiąc policyjny negocjator odłożył megafon i podniósł tablicę.
         -Nie mam nic na koncie. Ty dzwoń.
         -Ja nie mogę. Mam zablokowane wychodzące. Cięcia w budżecie.
         -Kurwa, zadzwoń do niego ze stacjonarnego, ty amatorze – nie wytrzymał John. – Jest za barem!
         -Chcę helikopter i zatankowanego Jumbo Jeta czekającego na mnie na lotnisku – wypalił Troy, gdy połącznie zostało już nawiązane.
         -Daj na głośnomówiący – rzucił Mickey. – Wszyscy chcą posłuchać!
         -Zamknij się!
         -Sam się zamknij ty, ty, ty samolubie!
         To była krótka rozmowa. Negocjator miał na imię Troy. Odrobinę się z tego pośmiali, a potem Troy – policjant powiedział Troyowi – bandycie, że nie chuja, Jumbo Jeta nie będzie. Najwyżej 737, o ile Ryan zgodzi się wyczarterować za rozsądną kasę. Czarny Troy nie był zadowolony i rzucił słuchawką o widełki.
         -Uważaj, tak? – Zdenerwował się John. – Kosztował 20 Euro!
         Troy rzucił mu na blat pięć dych.
         -Masz, w ramach kaucji. I nalej mi kielicha.
         -Służę panu, Panie Isaiah.
         -Że co? Powiedziałem przecież, że nazywam się Troy. – wkurzył się Troy, co do którego zachodziło podejrzenie, że jest jednak Isaiah.
         -Ale ja wiem, że ten, co grał w Old Spice nazywał się Isaiah.
-Uhhh!. Teraz będę musiał cię zabić!
         Sytuacja się nieco ustabilizowała, to znaczy biali leżeli na podłodze – za wyjątkiem mnie, który siedziałem sobie na hokerze przy barze, czarni stali nad białymi z kałachami w dłoniach, a czarno-żółty, jak gdyby nigdy nic czyścił szklanki. „Chodzące zło, szatan pod ludzką postacią” nadal przebywał w sąsiednim pomieszczeniu pod strażą jednego z napastników. Ciekawe co przeskrobał. Troy - policjant gdzieś znikł, pewnie zbierał wśród kolegów mile pasażerskie, żeby dostać zniżkę na 737. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. „Black or White” Jacksona. Pozostawię to bez komentarza.
         Coś dziwnego stało się z Isaiah. Nim zdążył odebrać, widziałem łzę spływającą po jego policzku. Nie spodobało mi się to. Odniosłem wrażenie, że dzieje się tu coś zupełnie innego, niż mi się dotąd zdawało. Tylko pytanie: co mi się tak naprawdę zdawało? O co tu do cholery chodzi? Przecież nie napadli nas dla kasy. Nie zażądali okupu. Nie było ani jednego strzału. Nie porwali też tego tam, no, białasa, którego imienia jak dotąd nie poznałem, a który siedzi pod bronią za ścianą.
         Isaiah/Troy poszeptał chwilę do telefonu, po czym odłożył aparat na ladę i… Wybuchł rzewnym płaczem. Rasistów zamurowało, a czarni skupili się wokół szefa i zaczęli go przytulać i pocieszać.
         -Dobra – dopiłem swego drinka. – Panowie, dość mam już tego pedalstwa, czarnuchostwa, białastwa i reszty badziewia. Wychodzę, cześć. – I ruszyłem w kierunku wyjścia.
         -Nie! – krzyknął za mną zapłakany boss. – Zostań. Proszę.
         Zapanowała cisza przerywana jedynie przez hiperaktywność nosową Troya.
         -Dobra. Znamy się już kilka chwil, sytuacja dojrzała do zwierzeń – zaproponowałem. – A zatem zwierz nam się proszę: o co tu kurwa chodzi?
         -Ech. Tak naprawdę nazywam się Troy a nie jakiś Isaiah. Nie jestem nawet bandytą, tylko ochroniarzem w szpitalu. Dwa lata temu urodził mi się syn. Niestety nasze – moje i żony – szczęście zepsuła informacja, że chłopak jest chory. Zespół Lutera, czy jakoś tak.
         -Lutembachera – poprawił go Mickey. – Ubytek przegrody międzyprzedsionkowej połączony ze zwężeniem zastawki mitralnej. Przejebane.
         -Właśnie. Jedyną szansą jest przeszczep serca. Zebraliśmy na to 30 tysięcy Euro.
         -Drogo – stwierdził Mike.
         -Tak. Bo coś tam jeszcze się pokrzaczyło. W każdym razie zebraliśmy i czekamy na operację. Tylko, że prócz nas czeka jeszcze sporo osób. Jest wprawdzie kolejka, ale jeśli któryś przypadek zostanie zakwalifikowany, jako pilny, to idzie bez kolejki. Szpital robi siedem operacji w tygodniu. A oczekujących ciągle przybywa. Dziś to już prawie setka osób. Tymczasem mój syn czeka już tak długo, że pozostał mu może tydzień życia.
         -Ilu jeszcze jest przed tobą w kolejce? – zapytał Mickey, który nagle poczuł się bardzo ważnym Panem Doktorem.
         -Nikt. O to chodzi. Od miesiąca jestem tylko ja. Rzecz w tym, że przez cały zeszły miesiąc na salę wchodziły przypadki pilne. O tym, kto trafia pod nóż decyduje tylko jedna jebana kurwa. Niejaki doktor Jerry „daj w łapę” Lyzack. Dowiedziałem się o tym od pielęgniarki, która bardzo lubi mojego syna. Ten skurwiel bierze w łapę po 10 tysięcy, żeby wepchnąć dzieciaka bez kolejki. Oni są dużo mniej potrzebujący, ale wchodzą na salę pierwsi. Bo tatuś i mamusia zapłacili. A ja już nie mam z czego.
         -A to skurwysyniec! Poskarżę się na niego w Radzie Lekarskiej! – krzyknął zbulwersowany Pan Doktor.
         -Jak mniemam – zamniemałem – ów doktor Lyzack jest „chodzącym złem, szatanem pod ludzką postacią”?
         -Zgadza się.
         -No to nie rozumiem. Zabij go i spadamy stąd – rzucił Ojciec Andrew.
         -Sytuacja wygląda następująco. Dziś o północy zapada decyzja o wyborze jutrzejszego pacjenta. Jeśli nikt nie wskoczy bez kolejki, Troy Junior będzie operowany. Jednak ta szmata Lyzack, tutaj, w barze u Johna umówił się z kimś, kto ma mu wręczyć sianko za „ekspresik”. Gdyby do tego doszło, jeszcze przed północą Lyzack pojawi się w szpitalu i podpisze decyzję o przełożeniu operacji T.J. Dostałem taką cynę od Rose… Znaczy się, od pielęgniarki. I się wkurwiłem.
         -Widać.
         -Więc postanowiłem, że wpadniemy tutaj i przetrzymamy tę nędzną kreaturę do północy. Jak nie podpisze, to operacji T.J nic już nie będzie w stanie odwołać.
         -No dobra, panie nie-bandyto. A te kałachy, to skąd żeście tak na poczekaniu zdjełali?
         -Nie są prawdziwe. Gonzo jest utalentowanym aktorem porno. Grał ostatnio w filmie „Lalashnikow 2. Powrót do buszu”.
         -Do tej pory wyciągam włosy spomiędzy zębów – potwierdził Gonzo.
         -No. Pożyczyliśmy sobie kilka replik.
         Zadzwonił telefon. Nikt się nie ruszył. Troy był za bardzo zrezygnowany, John wycierał szklanki, a reszta leżała na ziemi. No to podniosłem.
         -Halo?
         -Troy? – zapytał Troy.
         -Mówiłeś, że masz zablokowane.
         -Dzwonię z komórki syna. On ma darmowe minuty. I przez to strasznie drogie esemesy.
         -Uhm.
-Kurwa, ktoś ty? Dawaj Troya.
         -Nie mogę. On jest zajęty. Właśnie zabija zakładnika.
         -Jezu. A ty kim jesteś?
         -Też zakładnik, ale ja jeszcze nie wkurwiłem Troya.
         -Dobra. Dobra. Powiedz mu, że 737 czeka na lotnisku.
         -Ale zatankowany do pełna?
         -Tak.
         -A to nie. Musi być pół baku.
         -Że jak?
         -Po co Troyowi cały bak? Będzie se chciał gdzieś usiąść i co? Najpierw będzie musiał zrzucać paliwo. A w tym czasie wy go namierzycie. A to jest samolot Ryan Air?
         -Tak.
         -A to też odpada. Troy ma zakaz wstępu na pokład samolotu tej linii, po tym, jak nie odmówił płatnego seksu stewardowi, niejakiemu Pierrowi.
         -Eeee…
         -Za.Je.Bię.Cię – pokazał mi na migi Troy.
         -No, to poszukajcie innej maszyny. A. Zapomniałbym. On chce siano.
         -Że co?
         -Kasę. Milion Euro w używanych monetach.
         -Co?
         -Tylko szybko – załkałem – on nas tu wszystkich pozabija.
         Odłożyłem słuchawkę. Delikatnie, żeby nie wkurzać Johna.
         -No dobra – zakomunikowałem. Mamy jeszcze pół godziny do północy. Może uda się dociągnąć. Jak zamierzacie stąd uciec?
         -Nie zamierzam – uniósł się honorem Troy. – Życie mojego syna jest najważniejsze. Mogę spędzić całe życie za kratkami. To nie ma znaczenia. Spełnię swój obowiązek. Mój syn… Moja krew… Moje…
         -Nie pierdol.
         Telefon znowu zadzwonił. To zaczynało być nudne.
         -Halo?
         -Nie będzie samolotu, jeśli Troy nie wypuści zakładnika.
         -Czekaj. – Nakryłem mikrofon dłonią.
         -Troy – ten drugi – chce zakładnika. Kto pójdzie?
         -Ojciec Andrew – zaproponował Hector.
         -Spierdalaj, tak? – zaoponował galanteryjnie ksiądz. – Sam se idź. Ja tu pełnię posługę duchową!
         -A ja mam apteczkę z medykamentami, gdyby ktoś potrzebował.
         -Niby skąd? Nie pracujesz już w aptece. Złodziej.
         -Wyspowiadam się u ciebie.
         -A wała. Chyba, że wyjdziesz.
         -Morda! – tym razem to byłem ja. Przyłożyłem słuchawkę do ust.
         -Troy, Troy ma problem z wytypowaniem zakładnika. Jak to się ma odbyć?
         -Niech wyjdzie ktokolwiek. Ma machać białą szmatą.
         -Nie mamy białej, bo się zakrwawiła i jest teraz czerwona. Może być kremowa?
         -Może być kurwa nawet ekri.
         -Że jak?
         -Srak. Dawać tego zakładnika.
         -A to ma być biały, czy czarny?
         -Co?
         -Zakładnik. Bo wiesz, jak wyjdzie biały, to czarni zrobią raban. A jak czarny, to biali zrobią raban. Mamy tu dość napiętą sytuację.
         -No to niech kurwa będzie żółty!!
         -Nie, nie, nie. John zostaje. On jest tu właścicielem i jeszcze nie wyczyścił wszystkich szklanek.
         -Dobra! – Troy zgrywał się na Pana Opanowanego, ale mu średnio wychodziło, bo strasznie mi sapał do słuchawki. – Niech to będzie na chybił-trafił. Wypuśćcie najstarszego.
         -Najstarszy nie żyje.
         -To najmłodszego.
         -To kiepski pomysł. Najmłodsi są bliźniacy. Z tego samego dnia.
         -To dawajcie obu.
         -Troy, Troy, Troy. Weź ty czasem posłuchaj siebie. Miał być jeden zakładnik, a teraz chcesz dwóch?
         -Kurwa!!!!
         -Nie dysponujemy. Ale chłopaki mówią, że burdel jest o przecznicę stąd.
         -Albo on mi da zaraz zakładnika, albo wchodzimy tam z oddziałem antyterrorystów. Jasne?
         -Poleje się krew.
         -Mam to w dupie! Chcę zdążyć na mecz.
         -A kto gra?
         -Derby Manchesteru. City ich zmiażdżą.
         -Chyba śnisz.
         -Wchodzimy.
         -Wtedy będzie masa papierków do wypełnienia. Na pewno nie zdążysz na mecz.
         -Buauuaaaa, dlaczego mnie to spotkało?
         -Nie maż się. Troy też kibicuje City i powiedział, że da ci jedenastu zakładników.
         -Yyy.
         -Chcesz, czy nie?
         -Biorę. Nara.
         Odłożyłem słuchawkę. Wszyscy patrzyli na mnie, jak na idiotę. Nawet ci co leżeli, bo już nie leżeli, tylko stali z rozdziawionymi gębami.
         -Nieźle ci naściemniał – zaśmiał się John. - Mecz o północy?
         -Szlag…
         -Czekaj, dobrze zrozumiałem? Mam oddać jedenastu zakładników? Przecież tu tylu nie ma! – zasępił się jakiś osowiały Troy.
         -Wyślij swoich ludzi. Po co mają iść do pudła?
         -Ha! Dobre.
         -Się wie.
         -Dobra czarnuchy. Wypad z baru!
         Czarni chłopcy od Troya dostali do łapek po kremowej serwetce. Kazałem im nimi machać na wysokości twarzy. No wiecie, żeby był kontrast. Kremowe na czarnym. No, noc jest, nie? Ciemno. Czaicie? Dobra, whatever.
         Poszli. Został Troy i jeden człowiek, który pilnował Layzacka. No i my – białasy plus jeden żółto-czarny. Niezły kolaż.
         -Myślisz, że się na to nabiorą? – zapytał Mickey.
         -Ty mi powiedz. Ja nie jestem stąd – odparłem, bo przecież naprawdę nie jestem stąd.
         -Ja też nie. Pochodzę z Derry.
         -Ulsterski rasista – skwitował go John.
         W tym samym momencie drzwi otworzyły się ponownie i stanął w nich jeden z Murzynów Troya.
         -Eee. Szefie. Oni się zwijają.
         Troy zrobił wielkie oczy, po czym błyskawicznym ruchem wypadł na zewnątrz. A ja za nim.
         -Co jest? – wrzasnął Troy.
         -Nic – odpowiedział Troy.
         -Ale przecież…
         -Posłuchaj. Tam, za rogiem właśnie ojebali bank. Tuż pod naszym nosem. Mówiąc krótko, w dupie mam Ciebie i ten cały burdel. Idźcie do domu, a ja zabieram się za prawdziwą robotę.
         -A mój milion? – zapytał Pan Wielki Oportunista.
         -Nie dostaniesz.
         -Zabije zakładników.
         -A co mnie to? – I Troy wsiadł do radiowozu, który zapiszczał na odjezdnym oponami. W ślad za nim podążyła reszta samochodów. W przeciągu minuty plac opustoszał. Nawet dziennikarze się zabrali. A miałem nadzieję, że będę sławny…
         -Olali nas – rzekł po cichu zdumiony Troy.
         -Nie martw się. Tak w życiu bywa – poklepałem go po ramieniu. – Spadamy stąd. Północ już minęła.
         -Chyba tak. Dzięki – Troy podał mi rękę, a ja całkiem przyjaźnie ją uścisnąłem.

***

         Przez chwilę zastanawiałem się, czy to zrobić. Mogło być niebezpiecznie. Trzy wdechy… No, jeszcze trzy. Pchnąłem wielkie stalowe drzwi magazynu.
         -O w mordę. A ty co tu robisz? – wrzasnął Troy odrywając się niechętnie od przeliczania leżącej na stole gotówki. Idę o zakład, że pomyli się przynajmniej pięć razy, nim doliczy do miliona. Potem już będzie łatwiej.
         -Niespodzianka.
        -A to kto? – usłyszałem za plecami głos tak niski, że zastanawiałem się, czy nie kucnąć, by lepiej słyszeć. Odwróciłem się w jednej chwili i stanąłem oko w sprzączkę od paska z największym Murzynem, jakiego widziałem w życiu i telewizji.         Patrzył na mnie z góry, a minę posiadał wielce srogą.
         -Szefie, to ten debil, co szefowi mówiłem. Szef wie. Ten, co mi pomógł wkręcić policję – zachichotał aktorzyna Troy.
         -Jak to taki debil, to czego tu przylazł?
         -Przylazł, bo to debil. No? Debilu? Jak tu trafiłeś?
         -A zwyczajnie. Śledziłem cię, panie ajkju master.
         -Jebnij mu! Obraża cię – zauważył rezolutnie niezidentyfikowany bandyta stojący w przyglądającej się całej sytuacji grupce.
         -Cicho być! Ty, debil, czego tu chcesz? – zapytał ten wysoki z niskim głosem.
         -Od razu wiedziałem, że ten cały napad na knajpę to wał.
         -Niby skąd? – spytał podejrzliwie Troy.
         -Ten zegarek na twoim łapsku to diamentowy Hubolt, no nie? Wart jakieś trzydzieści tysięcy Euro.
         -Czterdzieści!
         -Nie może być? Sprzedałeś nerkę swojego syna?
         -Dooobra, zamknij się.
         -Ten olbrzym ze swoimi ludźmi okradał bank, a wy odwracaliście uwagę, licząc, że łykniemy łzawą historyjkę o chorym synku i pomożemy wam zwiać. Sprytnie to sobie wykoncypowaliście. Z tego Layzacka to faktycznie kawał wała.
         -Z ciebie jest! – zezłościł się Layzack, który był chyba jedynym – prócz mnie – białasem w całym magazynie.
         -Dobra. Chcę sto tysięcy Euro i znikam.
         -Cooo? – wrzasnął Big Boss. – Ukradliśmy 10 milionów, a ty chcesz tylko sto tysi? To nieprofesjonalne!
         -Szefie – zaczął łagodnie Troy – wie szef, ustaliliśmy, że szef zajmuje się całą organizacją, ale finanse…
         -Cisza mi tu. Sugerujesz, że jestem głupi?
         -N...Nie. N… Nie.
         -Że nie znam się na swoim biznesie?
         -Nienienie.
         -Ty. Masz zażądać przynajmniej połowy. To był porządny napad, a nie jakieś fiku-sriku.
         -Nie ma mowy! Chcę sto, no pięćset tysięcy!
         -Pięć milionów!
         -Milion!
         -Cztery
         -Dwa.
         -Trzy.
         -Dwa i pół.
         -A, niech stracę – rzekł szef i plunął w swoją ogromną dłoń. Przyklepałem interes.
         -Ale wiesz, to nie takie proste. Wszystko musi być legalnie, muszę odprowadzić podatek? Jak wy to sobie wyobrażacie?
         Zapanowała cisza. Herszt rozejrzał się dokoła, po czym wyszczerzył zęby.
         -Właśnie dlatego ja tu jestem szefem – wycedził z dumą – bo ja wiem, jak robić biznes, a oni nie. No, wystawisz nam fakturę.
         -Uhm. Fajnie, fajnie. Ale wiesz, skoro tak, to trzeba doliczyć podatek i VAT, to kosztuje.
         -Wrzucimy sobie w koszty – rzekł zupełnie zrezygnowany Troy.
         Kiedy wychodziłem z magazynu, zastanawiałem się, kiedy w końcu do mnie strzelą. Nie dojdę do filara – to była pierwsza myśl. Gdy mijałem filar – nie dojdę do drzwi. Gdy mijałem drzwi – nie dojdę do furtki. Doszedłem jednak i do furtki i na postój taksówek. Potem już było z górki.
         Tak. W ten oto sposób stałem się posiadaczem dwóch i pół miliona Euro. Plus VAT i podatek. A swoją drogą, niezły aktor z tego Troya. Może to naprawdę Isaiah?