-Tylko
pamiętaj, co ci mówiłem. Możesz iść do każdej knajpy, byle nie do Johna. – Tymi
oto słowy pożegnał mnie troskliwy, jak zawsze, Rafał. Sam musiał zostać, bo coś
tam, coś tam. Znalazł sobie wymówkę, a tak po prawdzie, to żona mu zabroniła.
Dobrze o tym wiem, ale on myśli, że nie wiem. I dobrze, że nie wie, że ja wiem.
Co ma się wstydzić przed kumplem?
A
zatem postanowiłem, że pierwszym miejscem, które odwiedzę w Dublinie będzie
słynna knajpa „U Johna”.
Wystrój
– nie powiem – całkiem przyjemny. Może gdyby nie te dziury po kulach. Ale i one
miały swój urok. Można się przyzwyczaić. Poza tym klientela bardzo różna. Stary
gruby białas z wąsem, stary gruby białas bez wąsa, stary gruby białas z wąsem i
brodą, stary gruby białas z brodą, ale bez wąsa i tak dalej. Na niektórych
kończynach starych grubych białasów z rozmaitymi formami zarostu widniały
wytatuowane swastyki, czasem pojawiło się jakieś niewinne, lekko rasistowskie
hasełko (Najbardziej podobało mi się jedno. Brzmiało jakoś… A tak, już wiem:
„Jebać Czarnuchów!”). Krótko mówiąc: światowo.
Szafa
grająca grała właśnie jakiś skinheadowski szlagier. Niektórzy goście
podśpiewywali z cicha. Spojrzałem na spis tytułów. Muszę przyznać, że brzmiały
bardzo artystycznie: „Miotacz płomieni, czarnucha wypleni” , „Murzynek Bambo
wymienia szambo”, „Jebać Arabów, bo nie lubią krabów” (WTF?), „Żółtki i
Indiańce, to pojebańce”, oraz „ Wielkiego pindola ma z Tajlandii Jola”. To
ostatnie sobie zapamiętam – na wszelki wypadek.
Podszedłem
do baru żeby zamówić drinka. Barman nie miał wąsów. Ani brody. Kurde, nawet nie
był białasem. Facet bez wątpienia pochodził z Chin, albo Japonii. Przecież tam
chyba też muszą mieć swoich murzynów, no nie? No więc właśnie facet był czarnym
chińczykiem. Albo żółtym Murzynem, trudno powiedzieć. Warę miał grubą jak gruba
dżdżownica, oczy skośne, jak skośnooki i skórę czarną jak… A tu już sobie
daruję porównanie. W każdym razie trochę zachciało mi się śmiać. Powinien się
nazywać John Lee, kurde.
-Co
podać? – zapytał jakiś przygaszony. Czyżby miał zły dzień?
-Szkocką
z lodem.
Barman
napełnił szklaneczkę i postawił ją przede mną na ladzie. Nim jednak zdążyłem po
nią sięgnąć, szybkim ruchem chwycił szkło i wylał sobie do gardła zawartość.
Biedaczyna. Wzrok miał bardzo smutny, trochę było mi go żal, jednak – kurwa –
wypił mojego drinka!
-Ej.
To była moja szkocka!
-A
tak, tak. Przepraszam. – bąknął, po czym błyskawicznie postawił przede mną nową
szklankę. – Osiemnaście Euro!
-Że
jak? – Zdenerwowałem się. – Tu jest napisane, że dziewięć!
-A
za moją, to kto zapłaci?
-Uhm.
-No
już, nie gniewaj się. To i tak była tania szkocka. Jestem John Lee.
Bardzo
się starałem, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Dostrzegł to.
-Co?
Co? Śmiejesz się z mojego nazwiska? Jesteś taki sam jak oni wszyscy. Jebany
rasista!
-Ależ nie, nie.
Nie śmieję się. No, tego. Fajnie się nazywasz. Trochę, jak Bruce Lee. Tylko
John.
-Hm.
Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób , ale w sumie masz rację. Może to jakaś
moja rodzina?
-Tak,
tak. Z pewnością. Co cię tak trapi, Johnie Lee?
-No
jak to co? Nie widzisz? Te stare rasistowskie pryki! Jestem żółtym Murzynem,
więc ulegam zdwojonym atakom na tle rasowym!
-Przesadzasz.
-Ej,
żółty czarnuchu, przynieś jeszcze po jednym. Tylko szybko, bo pana swędzi ręka
– padło zamówienie od któregoś ze stolików.
-Nic
nie mówiłem. Daj mi kawy?
-Białej,
czy czarnej?
-Białej
kurwa, ty dzikusie!
-Mogłem
się domyślić.
-Ej
ty – usłyszałem za plecami – chodź do nas, nie siedź z tą małpą?
-Nie
mogę, jestem uczulony na Homo Neandertalis?
-Mnie
nazywasz pedałem?
-Nie,
nie. To nazwa Twojego drinka.
Stary
rasista spojrzał nieco zdumiony na swoją szklankę z czystą.
-A
ja myślałem, że to Wyborowa. Jebani Polacy.
Wrócił
John i postawił przede mną białą filiżankę z białą kawą.
-Cukier?
-Pewnie.
Nie, nie ten. Brązowy.
-Dobra,
dobra, panowie, a ten? Jak koledzy nazywali Tigera Woodsa w podstawówce?
-Nie
wiemy. No jak?
-Czarnuch!
-Ahahahahahhahahaha!
-Staaare
– wyrwało się Johnowi.
-Też
coś – oburzył się ten ze swastyką na ramieniu. – Co za fatalna obsługa.
W
tej samej chwili rozbrzmiała komórka. Ręki sobie uciąć nie dam, ale wydaje mi
się, że z głośniczka dobiegł głos 50 Centa. Największy gerio-skinhead podniósł
słuchawkę do ucha.
-Co?
A, tak, tak. Kapusta. Dobrze.
Łysol
podniósł się od stołu. Miał ze dwa metry wzrostu. Powolnym krokiem ruszył ku
ladzie. Na wszelki wypadek odsunąłem się nieco, żeby mu nie przeszkadzać w
biciu właściciela.
-To
ja uciekam, do zobaczenia za tydzień John.
-Trzymaj
się Steve. Pozdrów Annę.
-A
właśnie – Steve rzucił na ladę kilka banknotów – nie wiesz, gdzie tu kurwa
można kupić kapustę o tej porze?
-Hm.
W Tesco?
-O.
Dzięki John.
-Miłego
wieczora Steve. Pamiętaj o maści, którą ci przypisał doktor Robertson.
-Stary
konował - to rzekłszy Steve opuścił lokal.
-Eee
– rzekłem.
-O
co ci chodzi?
-Zapomniał
ci jebnąć.
-Ach
nie, nie. Steve to porządny facet.
-Uhuu.
-Popatrz
na nich. Stare pryki. Ojcowie, dziadkowie.
Tamten w rogu jest księdzem, ten obok niego to znany laburzysta. Mickey jest ortopedą, Ron nauczycielem, a
Hector kiedyś był aptekarzem. A ten tam, o… Hm, nie znam.
-John.
Posłuchaj mnie, czegoś tu nie rozumiem.
-Ojej.
Raz w tygodniu organizujemy wieczorki rasistowskie. Żeby chłopcy mogli się
poczuć, jak kiedyś, za młodu. No wiesz, Ku Klux Klan i te takie.
-Aha.
A ty…
-A
ja jestem czarnym żółtkiem, albo żółtym czarnuchem. Wiesz, jakie oni zostawiają
napiwki?
-Doskonałe
kazanie, ojcze Andrew. Kiedy ojciec mówi o miłosierdziu i miłości, to aż chce
się słuchać - usłyszałem jednym uchem.
-No,
to żebym cię spotkał w kościele, w niedzielę – wpadło mi drugim.
-Daj
mi jeszcze szkockiej. I sobie też nalej .
-Dziękuję,
jaśnie panie.
-Rasista.
John
zachichotał, po czym nalał dwie szkockie. Jednak to chyba nie był mój dzień.
Nim bowiem sięgnąłem po swoją, jakieś niezidentyfikowane czarne łapsko przejęło
mój alkohol. Alkohol Johna też. Czarny Murzyn (w odróżnieniu od Johna – żółtego
Murzyna) z kałasznikowem w ręku jednym haustem pochłonął zawartości obu
szklanek.
-O
rany, stary. Naucz mnie tego.
-Morda
w kubeł białasie!
Spojrzałem
w tył. W lokalu przybyło kilku gości. Wszyscy byli czarni i mieli kałasznikowy.
Mówiłem – zdaje się – że to nie był mój dzień. No więc potwierdzam. Nie był.
-Glebnąć
się na glebę i ani dyga! – wrzasnął mistrz wypijania cudzych drinków.
-On
powiedział, że macie się położyć na ziemi i się nie ruszać – przetłumaczył
John.
-Dzięki
czarnuchu. Ale ty też na glebę – kulturalny bandyta nawet niezbyt mocno
popchnął barmana na podłogę.
-A
ty na co czekasz? – Zwrócił się do mnie.
-Ja
nie mogę. Mam arachnofobię.
-Że
jak?
-Panicznie
panikuję na widok pająków. A tam w kącie, na podłodze widziałem jednego.
-A.
E. Yy. Dobra. To siedź. Oddaj klamkę?
-Że
jak?
-Pistolet.
-A
skąd wezmę?
-Dobra,
dobra. Tylko się upewniam.
-Ej,
ja jestem księdzem – krzyknął ksiądz – i mam reumatyzm. Nie mogę leżeć na
ziemi.
-Ściemnia
– rzekł John przygryzając resztkę tosta – wczoraj cały dzień leżał krzyżem na
posadzce kościoła.
-Zdrajca
i sprzedawczyk.
-Zemsta
jest rozkoszą bogów.
-Zdrajca,
sprzedawczyk i bluźnierca. Wszystko powiem twojej starej matce, jak w końcu
przyjdzie do spowiedzi.
-Nie
przyjdzie. Umarła.
-O.
Przykro mi. Zawsze sporo dawała na tacę.
-Ty,
powiedz mi taką rzecz. Kogoś mi przypominasz – John uważnie wpatrywał się w napastnika.
-Kurde,
raczej. Grałem w reklamie Old Spce’a.
-Aaa
tak, siedziałeś na koniu. Dostanę autograf?
-
Pewnie, stary. Dla kogo?
-Może
tak: dla mojego ulubionego…
-Zaraz.
Morda w kubeł. Nie zagaduj mnie. Panowie. Do roboty!
Z
grupy napastników wystąpiło dwóch osiłków. Podeszli do jednego z białasów,
znaczy się, zakładników, podnieśli go za fraki i wynieśli do sąsiedniego
pokoju.
-Kto
to kurde jest? – Zapytał zdziwiony John. – W życiu go nie widziałem.
-To
chodzące zło. Szatan pod ludzką postacią. – rzucił jakby od niechcenia „spójrz
na swojego mężczyznę, a teraz spójrz na mnie”.
-Może
mógłbym pomóc? Znam się na tych sprawach.
– Cicho i bez szczególnej wiary zaproponował Ojciec Andrew.
-Ryj!
-Spoko.
Nie ma sprawy. Już milczę.
-Jestem
Troy, jak Troja, tylko przez igrek, i od teraz ja tu rządzę. A to – wskazał na
kałasznikowa – jest mój Achilles.
-O
kurwa, to mi o czymś przypomniało – wrzasną Mickey – mogę zadzwonić?
-Eee,
tylko nie ode mnie, bo nie mam nic na koncie. – rzekł po chwili zastanowienia
Troy.
-Witam
panie Jets– rzucił do słuchawki Mickey – jak pana Achilles? Ach, nadal zerwany.
Czy możemy przełożyć nasze poranne spotkanie? Bo wie pan, jestem, eeee, zajęty
i pewnie rano nie będę w formie.
-Nie,
żebym się czepiał – zacząłem nieśmiało -
ale Achilles spod Troi nie wrócił, bo...
-Morda,
sabotażysto! Ty tam. Dawaj ten telefon. I na glebę. Na czym to ja…? A, tak.
Jestem Troy i od teraz tu rządzę. Więc morda.
-Kto
morda? – padło pytanie z poziomu posadzki.
-Wszyscy
morda – wrzasnął Troy.
-A.
Wszyscy.
-Psst.
Cicho. Miała być morda.
-A,
tak, fakt. Morda.
-MORDA!!!
– przypomniał nieco zbyt głośno Troy. Sprawiał wrażenie zmęczonego.
-Doktorek
unieszkodliwiony – poinformował czarny charakter, który właśnie pojawił się w
drzwiach.
-Świetnie.
Zostały nam dwie godziny. Zaraz powinna się zjawić policja. Dobra. Uwaga
wszyscy. Mam komunikat. Nie zgrywać bohaterów, to nikomu nic się nie stanie.
Nawet temu staremu rasiście. I temu. I temu. I tym dwóm. No, kurwa, w ogóle
nikomu.
-Chce
mi się lać – zauważył nauczyciel, bodaj Paul mu było na imię.
-Zdaje
ci się, bo jesteś stary – odparł Troy.
-Twój
stary jest stary, a mnie się chce lać!
-Kurrr…
Terry weź go do kibla.
-Ej,
dlaczego ja? Benny nie może?
-A
co, ja pedzio? Sam pójdę! – obruszył się Paul. I poszedł do kibla.
-Zabiję
się – czarny jockey pierdyknął czołem w blat stołu - Ty, żółtek, nalej mi
Whiskey.
-No
nie. To jest szczyt, – skrzywił się John – czarnej połowy już nie zauważa.
-Okazja
czyni rasistę – rzekłem sentencjonalnie.
-Uwaga.
Jesteście otoczeni. Poddajcie się – ryknął jakiś dziwny głos.
-Oho.
Jest kawaleria. – Benny odruchowo skrył się za kontuarem.
-Mamy
zakładników i będziemy ich zabijać, aż ulice spłyną krwią – krzyknął w kierunku
ulicy Troy.
-O
ile najpierw nie umrą ze starości - uzupełnił cicho John.
-Jestem
policyjnym negocjatorem. Zadzwoń do mnie pod numer, który widzisz na tej
tablicy – to mówiąc policyjny negocjator odłożył megafon i podniósł tablicę.
-Nie
mam nic na koncie. Ty dzwoń.
-Ja
nie mogę. Mam zablokowane wychodzące. Cięcia w budżecie.
-Kurwa,
zadzwoń do niego ze stacjonarnego, ty amatorze – nie wytrzymał John. – Jest za
barem!
-Chcę
helikopter i zatankowanego Jumbo Jeta czekającego na mnie na lotnisku – wypalił
Troy, gdy połącznie zostało już nawiązane.
-Daj
na głośnomówiący – rzucił Mickey. – Wszyscy chcą posłuchać!
-Zamknij
się!
-Sam
się zamknij ty, ty, ty samolubie!
To
była krótka rozmowa. Negocjator miał na imię Troy. Odrobinę się z tego
pośmiali, a potem Troy – policjant powiedział Troyowi – bandycie, że nie chuja,
Jumbo Jeta nie będzie. Najwyżej 737, o ile Ryan zgodzi się wyczarterować za
rozsądną kasę. Czarny Troy nie był zadowolony i rzucił słuchawką o widełki.
-Uważaj,
tak? – Zdenerwował się John. – Kosztował 20 Euro!
Troy
rzucił mu na blat pięć dych.
-Masz,
w ramach kaucji. I nalej mi kielicha.
-Służę
panu, Panie Isaiah.
-Że
co? Powiedziałem przecież, że nazywam się Troy. – wkurzył się Troy, co do
którego zachodziło podejrzenie, że jest jednak Isaiah.
-Ale
ja wiem, że ten, co grał w Old Spice nazywał się Isaiah.
-Uhhh!.
Teraz będę musiał cię zabić!
Sytuacja
się nieco ustabilizowała, to znaczy biali leżeli na podłodze – za wyjątkiem
mnie, który siedziałem sobie na hokerze przy barze, czarni stali nad białymi z
kałachami w dłoniach, a czarno-żółty, jak gdyby nigdy nic czyścił szklanki.
„Chodzące zło, szatan pod ludzką postacią” nadal przebywał w sąsiednim
pomieszczeniu pod strażą jednego z napastników. Ciekawe co przeskrobał. Troy -
policjant gdzieś znikł, pewnie zbierał wśród kolegów mile pasażerskie, żeby
dostać zniżkę na 737. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. „Black or White”
Jacksona. Pozostawię to bez komentarza.
Coś
dziwnego stało się z Isaiah. Nim zdążył odebrać, widziałem łzę spływającą po
jego policzku. Nie spodobało mi się to. Odniosłem wrażenie, że dzieje się tu
coś zupełnie innego, niż mi się dotąd zdawało. Tylko pytanie: co mi się tak
naprawdę zdawało? O co tu do cholery chodzi? Przecież nie napadli nas dla kasy.
Nie zażądali okupu. Nie było ani jednego strzału. Nie porwali też tego tam, no,
białasa, którego imienia jak dotąd nie poznałem, a który siedzi pod bronią za
ścianą.
Isaiah/Troy
poszeptał chwilę do telefonu, po czym odłożył aparat na ladę i… Wybuchł rzewnym
płaczem. Rasistów zamurowało, a czarni skupili się wokół szefa i zaczęli go
przytulać i pocieszać.
-Dobra
– dopiłem swego drinka. – Panowie, dość mam już tego pedalstwa, czarnuchostwa,
białastwa i reszty badziewia. Wychodzę, cześć. – I ruszyłem w kierunku wyjścia.
-Nie!
– krzyknął za mną zapłakany boss. – Zostań. Proszę.
Zapanowała
cisza przerywana jedynie przez hiperaktywność nosową Troya.
-Dobra.
Znamy się już kilka chwil, sytuacja dojrzała do zwierzeń – zaproponowałem. – A
zatem zwierz nam się proszę: o co tu kurwa chodzi?
-Ech.
Tak naprawdę nazywam się Troy a nie jakiś Isaiah. Nie jestem nawet bandytą,
tylko ochroniarzem w szpitalu. Dwa lata temu urodził mi się syn. Niestety nasze
– moje i żony – szczęście zepsuła informacja, że chłopak jest chory. Zespół
Lutera, czy jakoś tak.
-Lutembachera
– poprawił go Mickey. – Ubytek przegrody międzyprzedsionkowej połączony ze
zwężeniem zastawki mitralnej. Przejebane.
-Właśnie.
Jedyną szansą jest przeszczep serca. Zebraliśmy na to 30 tysięcy Euro.
-Drogo
– stwierdził Mike.
-Tak.
Bo coś tam jeszcze się pokrzaczyło. W każdym razie zebraliśmy i czekamy na
operację. Tylko, że prócz nas czeka jeszcze sporo osób. Jest wprawdzie kolejka,
ale jeśli któryś przypadek zostanie zakwalifikowany, jako pilny, to idzie bez
kolejki. Szpital robi siedem operacji w tygodniu. A oczekujących ciągle
przybywa. Dziś to już prawie setka osób. Tymczasem mój syn czeka już tak długo,
że pozostał mu może tydzień życia.
-Ilu
jeszcze jest przed tobą w kolejce? – zapytał Mickey, który nagle poczuł się
bardzo ważnym Panem Doktorem.
-Nikt.
O to chodzi. Od miesiąca jestem tylko ja. Rzecz w tym, że przez cały zeszły
miesiąc na salę wchodziły przypadki pilne. O tym, kto trafia pod nóż decyduje
tylko jedna jebana kurwa. Niejaki doktor Jerry „daj w łapę” Lyzack.
Dowiedziałem się o tym od pielęgniarki, która bardzo lubi mojego syna. Ten
skurwiel bierze w łapę po 10 tysięcy, żeby wepchnąć dzieciaka bez kolejki. Oni
są dużo mniej potrzebujący, ale wchodzą na salę pierwsi. Bo tatuś i mamusia
zapłacili. A ja już nie mam z czego.
-A
to skurwysyniec! Poskarżę się na niego w Radzie Lekarskiej! – krzyknął
zbulwersowany Pan Doktor.
-Jak
mniemam – zamniemałem – ów doktor Lyzack jest „chodzącym złem, szatanem pod
ludzką postacią”?
-Zgadza
się.
-No
to nie rozumiem. Zabij go i spadamy stąd – rzucił Ojciec Andrew.
-Sytuacja
wygląda następująco. Dziś o północy zapada decyzja o wyborze jutrzejszego
pacjenta. Jeśli nikt nie wskoczy bez kolejki, Troy Junior będzie operowany.
Jednak ta szmata Lyzack, tutaj, w barze u Johna umówił się z kimś, kto ma mu
wręczyć sianko za „ekspresik”. Gdyby do tego doszło, jeszcze przed północą
Lyzack pojawi się w szpitalu i podpisze decyzję o przełożeniu operacji T.J.
Dostałem taką cynę od Rose… Znaczy się, od pielęgniarki. I się wkurwiłem.
-Widać.
-Więc
postanowiłem, że wpadniemy tutaj i przetrzymamy tę nędzną kreaturę do północy.
Jak nie podpisze, to operacji T.J nic już nie będzie w stanie odwołać.
-No
dobra, panie nie-bandyto. A te kałachy, to skąd żeście tak na poczekaniu
zdjełali?
-Nie
są prawdziwe. Gonzo jest utalentowanym aktorem porno. Grał ostatnio w filmie
„Lalashnikow 2. Powrót do buszu”.
-Do
tej pory wyciągam włosy spomiędzy zębów – potwierdził Gonzo.
-No.
Pożyczyliśmy sobie kilka replik.
Zadzwonił
telefon. Nikt się nie ruszył. Troy był za bardzo zrezygnowany, John wycierał
szklanki, a reszta leżała na ziemi. No to podniosłem.
-Halo?
-Troy?
– zapytał Troy.
-Mówiłeś,
że masz zablokowane.
-Dzwonię
z komórki syna. On ma darmowe minuty. I przez to strasznie drogie esemesy.
-Uhm.
-Kurwa,
ktoś ty? Dawaj Troya.
-Nie
mogę. On jest zajęty. Właśnie zabija zakładnika.
-Jezu.
A ty kim jesteś?
-Też
zakładnik, ale ja jeszcze nie wkurwiłem Troya.
-Dobra.
Dobra. Powiedz mu, że 737 czeka na lotnisku.
-Ale
zatankowany do pełna?
-Tak.
-A
to nie. Musi być pół baku.
-Że
jak?
-Po
co Troyowi cały bak? Będzie se chciał gdzieś usiąść i co? Najpierw będzie
musiał zrzucać paliwo. A w tym czasie wy go namierzycie. A to jest samolot Ryan
Air?
-Tak.
-A
to też odpada. Troy ma zakaz wstępu na pokład samolotu tej linii, po tym, jak
nie odmówił płatnego seksu stewardowi, niejakiemu Pierrowi.
-Eeee…
-Za.Je.Bię.Cię
– pokazał mi na migi Troy.
-No,
to poszukajcie innej maszyny. A. Zapomniałbym. On chce siano.
-Że
co?
-Kasę.
Milion Euro w używanych monetach.
-Co?
-Tylko
szybko – załkałem – on nas tu wszystkich pozabija.
Odłożyłem
słuchawkę. Delikatnie, żeby nie wkurzać Johna.
-No
dobra – zakomunikowałem. Mamy jeszcze pół godziny do północy. Może uda się
dociągnąć. Jak zamierzacie stąd uciec?
-Nie
zamierzam – uniósł się honorem Troy. – Życie mojego syna jest najważniejsze.
Mogę spędzić całe życie za kratkami. To nie ma znaczenia. Spełnię swój
obowiązek. Mój syn… Moja krew… Moje…
-Nie
pierdol.
Telefon
znowu zadzwonił. To zaczynało być nudne.
-Halo?
-Nie
będzie samolotu, jeśli Troy nie wypuści zakładnika.
-Czekaj.
– Nakryłem mikrofon dłonią.
-Troy
– ten drugi – chce zakładnika. Kto pójdzie?
-Ojciec
Andrew – zaproponował Hector.
-Spierdalaj,
tak? – zaoponował galanteryjnie ksiądz. – Sam se idź. Ja tu pełnię posługę
duchową!
-A
ja mam apteczkę z medykamentami, gdyby ktoś potrzebował.
-Niby
skąd? Nie pracujesz już w aptece. Złodziej.
-Wyspowiadam
się u ciebie.
-A
wała. Chyba, że wyjdziesz.
-Morda!
– tym razem to byłem ja. Przyłożyłem słuchawkę do ust.
-Troy,
Troy ma problem z wytypowaniem zakładnika. Jak to się ma odbyć?
-Niech
wyjdzie ktokolwiek. Ma machać białą szmatą.
-Nie
mamy białej, bo się zakrwawiła i jest teraz czerwona. Może być kremowa?
-Może
być kurwa nawet ekri.
-Że
jak?
-Srak.
Dawać tego zakładnika.
-A
to ma być biały, czy czarny?
-Co?
-Zakładnik.
Bo wiesz, jak wyjdzie biały, to czarni zrobią raban. A jak czarny, to biali
zrobią raban. Mamy tu dość napiętą sytuację.
-No
to niech kurwa będzie żółty!!
-Nie,
nie, nie. John zostaje. On jest tu właścicielem i jeszcze nie wyczyścił
wszystkich szklanek.
-Dobra!
– Troy zgrywał się na Pana Opanowanego, ale mu średnio wychodziło, bo strasznie
mi sapał do słuchawki. – Niech to będzie na chybił-trafił. Wypuśćcie
najstarszego.
-Najstarszy
nie żyje.
-To
najmłodszego.
-To
kiepski pomysł. Najmłodsi są bliźniacy. Z tego samego dnia.
-To
dawajcie obu.
-Troy,
Troy, Troy. Weź ty czasem posłuchaj siebie. Miał być jeden zakładnik, a teraz
chcesz dwóch?
-Kurwa!!!!
-Nie
dysponujemy. Ale chłopaki mówią, że burdel jest o przecznicę stąd.
-Albo
on mi da zaraz zakładnika, albo wchodzimy tam z oddziałem antyterrorystów.
Jasne?
-Poleje
się krew.
-Mam
to w dupie! Chcę zdążyć na mecz.
-A
kto gra?
-Derby
Manchesteru. City ich zmiażdżą.
-Chyba
śnisz.
-Wchodzimy.
-Wtedy
będzie masa papierków do wypełnienia. Na pewno nie zdążysz na mecz.
-Buauuaaaa,
dlaczego mnie to spotkało?
-Nie
maż się. Troy też kibicuje City i powiedział, że da ci jedenastu zakładników.
-Yyy.
-Chcesz,
czy nie?
-Biorę.
Nara.
Odłożyłem
słuchawkę. Wszyscy patrzyli na mnie, jak na idiotę. Nawet ci co leżeli, bo już
nie leżeli, tylko stali z rozdziawionymi gębami.
-Nieźle
ci naściemniał – zaśmiał się John. - Mecz o północy?
-Szlag…
-Czekaj,
dobrze zrozumiałem? Mam oddać jedenastu zakładników? Przecież tu tylu nie ma! –
zasępił się jakiś osowiały Troy.
-Wyślij
swoich ludzi. Po co mają iść do pudła?
-Ha!
Dobre.
-Się
wie.
-Dobra
czarnuchy. Wypad z baru!
Czarni
chłopcy od Troya dostali do łapek po kremowej serwetce. Kazałem im nimi machać
na wysokości twarzy. No wiecie, żeby był kontrast. Kremowe na czarnym. No, noc
jest, nie? Ciemno. Czaicie? Dobra, whatever.
Poszli.
Został Troy i jeden człowiek, który pilnował Layzacka. No i my – białasy plus
jeden żółto-czarny. Niezły kolaż.
-Myślisz,
że się na to nabiorą? – zapytał Mickey.
-Ty
mi powiedz. Ja nie jestem stąd – odparłem, bo przecież naprawdę nie jestem
stąd.
-Ja
też nie. Pochodzę z Derry.
-Ulsterski
rasista – skwitował go John.
W
tym samym momencie drzwi otworzyły się ponownie i stanął w nich jeden z
Murzynów Troya.
-Eee.
Szefie. Oni się zwijają.
Troy
zrobił wielkie oczy, po czym błyskawicznym ruchem wypadł na zewnątrz. A ja za
nim.
-Co
jest? – wrzasnął Troy.
-Nic
– odpowiedział Troy.
-Ale
przecież…
-Posłuchaj.
Tam, za rogiem właśnie ojebali bank. Tuż pod naszym nosem. Mówiąc krótko, w
dupie mam Ciebie i ten cały burdel. Idźcie do domu, a ja zabieram się za
prawdziwą robotę.
-A
mój milion? – zapytał Pan Wielki Oportunista.
-Nie
dostaniesz.
-Zabije
zakładników.
-A
co mnie to? – I Troy wsiadł do radiowozu, który zapiszczał na odjezdnym
oponami. W ślad za nim podążyła reszta samochodów. W przeciągu minuty plac
opustoszał. Nawet dziennikarze się zabrali. A miałem nadzieję, że będę sławny…
-Olali
nas – rzekł po cichu zdumiony Troy.
-Nie
martw się. Tak w życiu bywa – poklepałem go po ramieniu. – Spadamy stąd. Północ
już minęła.
-Chyba
tak. Dzięki – Troy podał mi rękę, a ja całkiem przyjaźnie ją uścisnąłem.
***
Przez
chwilę zastanawiałem się, czy to zrobić. Mogło być niebezpiecznie. Trzy wdechy…
No, jeszcze trzy. Pchnąłem wielkie stalowe drzwi magazynu.
-O
w mordę. A ty co tu robisz? – wrzasnął Troy odrywając się niechętnie od
przeliczania leżącej na stole gotówki. Idę o zakład, że pomyli się przynajmniej
pięć razy, nim doliczy do miliona. Potem już będzie łatwiej.
-Niespodzianka.
-A
to kto? – usłyszałem za plecami głos tak niski, że zastanawiałem się, czy nie
kucnąć, by lepiej słyszeć. Odwróciłem się w jednej chwili i stanąłem oko w
sprzączkę od paska z największym Murzynem, jakiego widziałem w życiu i
telewizji. Patrzył na mnie z
góry, a minę posiadał wielce srogą.
-Szefie,
to ten debil, co szefowi mówiłem. Szef wie. Ten, co mi pomógł wkręcić policję –
zachichotał aktorzyna Troy.
-Jak
to taki debil, to czego tu przylazł?
-Przylazł,
bo to debil. No? Debilu? Jak tu trafiłeś?
-A
zwyczajnie. Śledziłem cię, panie ajkju master.
-Jebnij
mu! Obraża cię – zauważył rezolutnie niezidentyfikowany bandyta stojący w przyglądającej
się całej sytuacji grupce.
-Cicho
być! Ty, debil, czego tu chcesz? – zapytał ten wysoki z niskim głosem.
-Od
razu wiedziałem, że ten cały napad na knajpę to wał.
-Niby
skąd? – spytał podejrzliwie Troy.
-Ten
zegarek na twoim łapsku to diamentowy Hubolt, no nie? Wart jakieś trzydzieści
tysięcy Euro.
-Czterdzieści!
-Nie
może być? Sprzedałeś nerkę swojego syna?
-Dooobra,
zamknij się.
-Ten
olbrzym ze swoimi ludźmi okradał bank, a wy odwracaliście uwagę, licząc, że
łykniemy łzawą historyjkę o chorym synku i pomożemy wam zwiać. Sprytnie to
sobie wykoncypowaliście. Z tego Layzacka to faktycznie kawał wała.
-Z
ciebie jest! – zezłościł się Layzack, który był chyba jedynym – prócz mnie –
białasem w całym magazynie.
-Dobra.
Chcę sto tysięcy Euro i znikam.
-Cooo?
– wrzasnął Big Boss. – Ukradliśmy 10 milionów, a ty chcesz tylko sto tysi? To
nieprofesjonalne!
-Szefie
– zaczął łagodnie Troy – wie szef, ustaliliśmy, że szef zajmuje się całą
organizacją, ale finanse…
-Cisza
mi tu. Sugerujesz, że jestem głupi?
-N...Nie.
N… Nie.
-Że
nie znam się na swoim biznesie?
-Nienienie.
-Ty.
Masz zażądać przynajmniej połowy. To był porządny napad, a nie jakieś
fiku-sriku.
-Nie
ma mowy! Chcę sto, no pięćset tysięcy!
-Pięć
milionów!
-Milion!
-Cztery
-Dwa.
-Trzy.
-Dwa
i pół.
-A,
niech stracę – rzekł szef i plunął w swoją ogromną dłoń. Przyklepałem interes.
-Ale
wiesz, to nie takie proste. Wszystko musi być legalnie, muszę odprowadzić
podatek? Jak wy to sobie wyobrażacie?
Zapanowała
cisza. Herszt rozejrzał się dokoła, po czym wyszczerzył zęby.
-Właśnie
dlatego ja tu jestem szefem – wycedził z dumą – bo ja wiem, jak robić biznes, a
oni nie. No, wystawisz nam fakturę.
-Uhm.
Fajnie, fajnie. Ale wiesz, skoro tak, to trzeba doliczyć podatek i VAT, to
kosztuje.
-Wrzucimy
sobie w koszty – rzekł zupełnie zrezygnowany Troy.
Kiedy
wychodziłem z magazynu, zastanawiałem się, kiedy w końcu do mnie strzelą. Nie
dojdę do filara – to była pierwsza myśl. Gdy mijałem filar – nie dojdę do
drzwi. Gdy mijałem drzwi – nie dojdę do furtki. Doszedłem jednak i do furtki i
na postój taksówek. Potem już było z górki.
Tak.
W ten oto sposób stałem się posiadaczem dwóch i pół miliona Euro. Plus VAT i
podatek. A swoją drogą, niezły aktor z tego Troya. Może to naprawdę Isaiah?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz