środa, 18 stycznia 2012

Rozdział 2

         -Tylko pamiętaj, co ci mówiłem. Możesz iść do każdej knajpy, byle nie do Johna. – Tymi oto słowy pożegnał mnie troskliwy, jak zawsze, Rafał. Sam musiał zostać, bo coś tam, coś tam. Znalazł sobie wymówkę, a tak po prawdzie, to żona mu zabroniła. Dobrze o tym wiem, ale on myśli, że nie wiem. I dobrze, że nie wie, że ja wiem. Co ma się wstydzić przed kumplem?
         A zatem postanowiłem, że pierwszym miejscem, które odwiedzę w Dublinie będzie słynna knajpa „U Johna”.
         Wystrój – nie powiem – całkiem przyjemny. Może gdyby nie te dziury po kulach. Ale i one miały swój urok. Można się przyzwyczaić. Poza tym klientela bardzo różna. Stary gruby białas z wąsem, stary gruby białas bez wąsa, stary gruby białas z wąsem i brodą, stary gruby białas z brodą, ale bez wąsa i tak dalej. Na niektórych kończynach starych grubych białasów z rozmaitymi formami zarostu widniały wytatuowane swastyki, czasem pojawiło się jakieś niewinne, lekko rasistowskie hasełko (Najbardziej podobało mi się jedno. Brzmiało jakoś… A tak, już wiem: „Jebać Czarnuchów!”). Krótko mówiąc: światowo.
         Szafa grająca grała właśnie jakiś skinheadowski szlagier. Niektórzy goście podśpiewywali z cicha. Spojrzałem na spis tytułów. Muszę przyznać, że brzmiały bardzo artystycznie: „Miotacz płomieni, czarnucha wypleni” , „Murzynek Bambo wymienia szambo”, „Jebać Arabów, bo nie lubią krabów” (WTF?), „Żółtki i Indiańce, to pojebańce”, oraz „ Wielkiego pindola ma z Tajlandii Jola”. To ostatnie sobie zapamiętam – na wszelki wypadek.
         Podszedłem do baru żeby zamówić drinka. Barman nie miał wąsów. Ani brody. Kurde, nawet nie był białasem. Facet bez wątpienia pochodził z Chin, albo Japonii. Przecież tam chyba też muszą mieć swoich murzynów, no nie? No więc właśnie facet był czarnym chińczykiem. Albo żółtym Murzynem, trudno powiedzieć. Warę miał grubą jak gruba dżdżownica, oczy skośne, jak skośnooki i skórę czarną jak… A tu już sobie daruję porównanie. W każdym razie trochę zachciało mi się śmiać. Powinien się nazywać John Lee, kurde.
         -Co podać? – zapytał jakiś przygaszony. Czyżby miał zły dzień?
         -Szkocką z lodem.
         Barman napełnił szklaneczkę i postawił ją przede mną na ladzie. Nim jednak zdążyłem po nią sięgnąć, szybkim ruchem chwycił szkło i wylał sobie do gardła zawartość. Biedaczyna. Wzrok miał bardzo smutny, trochę było mi go żal, jednak – kurwa – wypił mojego drinka!
         -Ej. To była moja szkocka!
         -A tak, tak. Przepraszam. – bąknął, po czym błyskawicznie postawił przede mną nową szklankę.  – Osiemnaście Euro!
         -Że jak? – Zdenerwowałem się. – Tu jest napisane, że dziewięć!
         -A za moją, to kto zapłaci?
         -Uhm.
         -No już, nie gniewaj się. To i tak była tania szkocka. Jestem John Lee.
         Bardzo się starałem, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Dostrzegł to.
         -Co? Co? Śmiejesz się z mojego nazwiska? Jesteś taki sam jak oni wszyscy. Jebany rasista!
         -Ależ nie, nie. Nie śmieję się. No, tego. Fajnie się nazywasz. Trochę, jak Bruce Lee. Tylko John.
         -Hm. Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób , ale w sumie masz rację. Może to jakaś moja rodzina?
         -Tak, tak. Z pewnością. Co cię tak trapi, Johnie Lee?
         -No jak to co? Nie widzisz? Te stare rasistowskie pryki! Jestem żółtym Murzynem, więc ulegam zdwojonym atakom na tle rasowym!
         -Przesadzasz.
         -Ej, żółty czarnuchu, przynieś jeszcze po jednym. Tylko szybko, bo pana swędzi ręka – padło zamówienie od któregoś ze stolików.
         -Nic nie mówiłem. Daj mi kawy?
         -Białej, czy czarnej?
         -Białej kurwa, ty dzikusie!
         -Mogłem się domyślić.
         -Ej ty – usłyszałem za plecami – chodź do nas, nie siedź z tą małpą?
         -Nie mogę, jestem uczulony na Homo Neandertalis?
         -Mnie nazywasz pedałem?
         -Nie, nie. To nazwa Twojego drinka.
         Stary rasista spojrzał nieco zdumiony na swoją szklankę z czystą.
         -A ja myślałem, że to Wyborowa. Jebani Polacy.
         Wrócił John i postawił przede mną białą filiżankę z białą kawą.
         -Cukier?
         -Pewnie. Nie, nie ten. Brązowy.
         -Dobra, dobra, panowie, a ten? Jak koledzy nazywali Tigera Woodsa w podstawówce?
         -Nie wiemy. No jak?
         -Czarnuch!
         -Ahahahahahhahahaha!
         -Staaare – wyrwało się Johnowi.
         -Też coś – oburzył się ten ze swastyką na ramieniu. – Co za fatalna obsługa.
         W tej samej chwili rozbrzmiała komórka. Ręki sobie uciąć nie dam, ale wydaje mi się, że z głośniczka dobiegł głos 50 Centa. Największy gerio-skinhead podniósł słuchawkę do ucha.
         -Co? A, tak, tak. Kapusta. Dobrze.
         Łysol podniósł się od stołu. Miał ze dwa metry wzrostu. Powolnym krokiem ruszył ku ladzie. Na wszelki wypadek odsunąłem się nieco, żeby mu nie przeszkadzać w biciu właściciela.
         -To ja uciekam, do zobaczenia za tydzień John.
         -Trzymaj się Steve. Pozdrów Annę.
         -A właśnie – Steve rzucił na ladę kilka banknotów – nie wiesz, gdzie tu kurwa można kupić kapustę o tej porze?
         -Hm. W Tesco?
         -O. Dzięki John.
         -Miłego wieczora Steve. Pamiętaj o maści, którą ci przypisał doktor Robertson.
         -Stary konował - to rzekłszy Steve opuścił lokal.
         -Eee – rzekłem.
         -O co ci chodzi?
         -Zapomniał ci jebnąć.
         -Ach nie, nie. Steve to porządny facet.
         -Uhuu.
         -Popatrz na nich. Stare pryki. Ojcowie, dziadkowie.  Tamten w rogu jest księdzem, ten obok niego to znany laburzysta.  Mickey jest ortopedą, Ron nauczycielem, a Hector kiedyś był aptekarzem. A ten tam, o… Hm, nie znam.
         -John. Posłuchaj mnie, czegoś tu nie rozumiem.
         -Ojej. Raz w tygodniu organizujemy wieczorki rasistowskie. Żeby chłopcy mogli się poczuć, jak kiedyś, za młodu. No wiesz, Ku Klux Klan i te takie.
         -Aha. A ty…
         -A ja jestem czarnym żółtkiem, albo żółtym czarnuchem. Wiesz, jakie oni zostawiają napiwki?
         -Doskonałe kazanie, ojcze Andrew. Kiedy ojciec mówi o miłosierdziu i miłości, to aż chce się słuchać - usłyszałem jednym uchem.
         -No, to żebym cię spotkał w kościele, w niedzielę – wpadło mi drugim.
         -Daj mi jeszcze szkockiej. I sobie też nalej .
         -Dziękuję, jaśnie panie.
         -Rasista.
         John zachichotał, po czym nalał dwie szkockie. Jednak to chyba nie był mój dzień. Nim bowiem sięgnąłem po swoją, jakieś niezidentyfikowane czarne łapsko przejęło mój alkohol. Alkohol Johna też. Czarny Murzyn (w odróżnieniu od Johna – żółtego Murzyna) z kałasznikowem w ręku jednym haustem pochłonął zawartości obu szklanek.
         -O rany, stary. Naucz mnie tego.
         -Morda w kubeł białasie!
         Spojrzałem w tył. W lokalu przybyło kilku gości. Wszyscy byli czarni i mieli kałasznikowy. Mówiłem – zdaje się – że to nie był mój dzień. No więc potwierdzam. Nie był.
         -Glebnąć się na glebę i ani dyga! – wrzasnął mistrz wypijania cudzych drinków.
         -On powiedział, że macie się położyć na ziemi i się nie ruszać – przetłumaczył John.
         -Dzięki czarnuchu. Ale ty też na glebę – kulturalny bandyta nawet niezbyt mocno popchnął barmana na podłogę.
         -A ty na co czekasz? – Zwrócił się do mnie.
         -Ja nie mogę. Mam arachnofobię.
         -Że jak?
         -Panicznie panikuję na widok pająków. A tam w kącie, na podłodze widziałem jednego.
         -A. E. Yy. Dobra. To siedź. Oddaj klamkę?
         -Że jak?
         -Pistolet.
         -A skąd wezmę?
         -Dobra, dobra. Tylko się upewniam.
         -Ej, ja jestem księdzem – krzyknął ksiądz – i mam reumatyzm. Nie mogę leżeć na ziemi.
         -Ściemnia – rzekł John przygryzając resztkę tosta – wczoraj cały dzień leżał krzyżem na posadzce kościoła.
         -Zdrajca i sprzedawczyk.
         -Zemsta jest rozkoszą bogów.
         -Zdrajca, sprzedawczyk i bluźnierca. Wszystko powiem twojej starej matce, jak w końcu przyjdzie do spowiedzi.
         -Nie przyjdzie. Umarła.
         -O. Przykro mi. Zawsze sporo dawała na tacę.
         -Ty, powiedz mi taką rzecz. Kogoś mi przypominasz – John uważnie wpatrywał się w napastnika.
         -Kurde, raczej. Grałem w reklamie Old Spce’a.
         -Aaa tak, siedziałeś na koniu. Dostanę autograf?
         - Pewnie, stary. Dla kogo?
         -Może tak: dla mojego ulubionego…
         -Zaraz. Morda w kubeł. Nie zagaduj mnie. Panowie. Do roboty!
         Z grupy napastników wystąpiło dwóch osiłków. Podeszli do jednego z białasów, znaczy się, zakładników, podnieśli go za fraki i wynieśli do sąsiedniego pokoju.
         -Kto to kurde jest? – Zapytał zdziwiony John. – W życiu go nie widziałem.
         -To chodzące zło. Szatan pod ludzką postacią. – rzucił jakby od niechcenia „spójrz na swojego mężczyznę, a teraz spójrz na mnie”.
         -Może mógłbym pomóc?  Znam się na tych sprawach. – Cicho i bez szczególnej wiary zaproponował Ojciec Andrew.
         -Ryj!
         -Spoko. Nie ma sprawy. Już milczę.
         -Jestem Troy, jak Troja, tylko przez igrek, i od teraz ja tu rządzę. A to – wskazał na kałasznikowa – jest mój Achilles.
         -O kurwa, to mi o czymś przypomniało – wrzasną Mickey – mogę zadzwonić?
         -Eee, tylko nie ode mnie, bo nie mam nic na koncie. – rzekł po chwili zastanowienia Troy.
         -Witam panie Jets– rzucił do słuchawki Mickey – jak pana Achilles? Ach, nadal zerwany. Czy możemy przełożyć nasze poranne spotkanie? Bo wie pan, jestem, eeee, zajęty i pewnie rano nie będę w formie.
         -Nie, żebym się czepiał – zacząłem nieśmiało -  ale Achilles spod Troi nie wrócił, bo...
         -Morda, sabotażysto! Ty tam. Dawaj ten telefon. I na glebę. Na czym to ja…? A, tak. Jestem Troy i od teraz tu rządzę. Więc morda.
         -Kto morda? – padło pytanie z poziomu posadzki.
         -Wszyscy morda – wrzasnął Troy.
         -A. Wszyscy.
         -Psst. Cicho. Miała być morda.
         -A, tak, fakt. Morda.
         -MORDA!!! – przypomniał nieco zbyt głośno Troy. Sprawiał wrażenie zmęczonego.
         -Doktorek unieszkodliwiony – poinformował czarny charakter, który właśnie pojawił się w drzwiach.
         -Świetnie. Zostały nam dwie godziny. Zaraz powinna się zjawić policja. Dobra. Uwaga wszyscy. Mam komunikat. Nie zgrywać bohaterów, to nikomu nic się nie stanie. Nawet temu staremu rasiście. I temu. I temu. I tym dwóm. No, kurwa, w ogóle nikomu.
         -Chce mi się lać – zauważył nauczyciel, bodaj Paul mu było na imię.
         -Zdaje ci się, bo jesteś stary – odparł Troy.
         -Twój stary jest stary, a mnie się chce lać!
         -Kurrr… Terry weź go do kibla.
         -Ej, dlaczego ja? Benny nie może?
         -A co, ja pedzio? Sam pójdę! – obruszył się Paul. I poszedł do kibla.
         -Zabiję się – czarny jockey pierdyknął czołem w blat stołu - Ty, żółtek, nalej mi Whiskey.
         -No nie. To jest szczyt, – skrzywił się John – czarnej połowy już nie zauważa.
         -Okazja czyni rasistę – rzekłem sentencjonalnie.
         -Uwaga. Jesteście otoczeni. Poddajcie się – ryknął jakiś dziwny głos.
         -Oho. Jest kawaleria. – Benny odruchowo skrył się za kontuarem.
         -Mamy zakładników i będziemy ich zabijać, aż ulice spłyną krwią – krzyknął w kierunku ulicy Troy.
         -O ile najpierw nie umrą ze starości - uzupełnił cicho John.
         -Jestem policyjnym negocjatorem. Zadzwoń do mnie pod numer, który widzisz na tej tablicy – to mówiąc policyjny negocjator odłożył megafon i podniósł tablicę.
         -Nie mam nic na koncie. Ty dzwoń.
         -Ja nie mogę. Mam zablokowane wychodzące. Cięcia w budżecie.
         -Kurwa, zadzwoń do niego ze stacjonarnego, ty amatorze – nie wytrzymał John. – Jest za barem!
         -Chcę helikopter i zatankowanego Jumbo Jeta czekającego na mnie na lotnisku – wypalił Troy, gdy połącznie zostało już nawiązane.
         -Daj na głośnomówiący – rzucił Mickey. – Wszyscy chcą posłuchać!
         -Zamknij się!
         -Sam się zamknij ty, ty, ty samolubie!
         To była krótka rozmowa. Negocjator miał na imię Troy. Odrobinę się z tego pośmiali, a potem Troy – policjant powiedział Troyowi – bandycie, że nie chuja, Jumbo Jeta nie będzie. Najwyżej 737, o ile Ryan zgodzi się wyczarterować za rozsądną kasę. Czarny Troy nie był zadowolony i rzucił słuchawką o widełki.
         -Uważaj, tak? – Zdenerwował się John. – Kosztował 20 Euro!
         Troy rzucił mu na blat pięć dych.
         -Masz, w ramach kaucji. I nalej mi kielicha.
         -Służę panu, Panie Isaiah.
         -Że co? Powiedziałem przecież, że nazywam się Troy. – wkurzył się Troy, co do którego zachodziło podejrzenie, że jest jednak Isaiah.
         -Ale ja wiem, że ten, co grał w Old Spice nazywał się Isaiah.
-Uhhh!. Teraz będę musiał cię zabić!
         Sytuacja się nieco ustabilizowała, to znaczy biali leżeli na podłodze – za wyjątkiem mnie, który siedziałem sobie na hokerze przy barze, czarni stali nad białymi z kałachami w dłoniach, a czarno-żółty, jak gdyby nigdy nic czyścił szklanki. „Chodzące zło, szatan pod ludzką postacią” nadal przebywał w sąsiednim pomieszczeniu pod strażą jednego z napastników. Ciekawe co przeskrobał. Troy - policjant gdzieś znikł, pewnie zbierał wśród kolegów mile pasażerskie, żeby dostać zniżkę na 737. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. „Black or White” Jacksona. Pozostawię to bez komentarza.
         Coś dziwnego stało się z Isaiah. Nim zdążył odebrać, widziałem łzę spływającą po jego policzku. Nie spodobało mi się to. Odniosłem wrażenie, że dzieje się tu coś zupełnie innego, niż mi się dotąd zdawało. Tylko pytanie: co mi się tak naprawdę zdawało? O co tu do cholery chodzi? Przecież nie napadli nas dla kasy. Nie zażądali okupu. Nie było ani jednego strzału. Nie porwali też tego tam, no, białasa, którego imienia jak dotąd nie poznałem, a który siedzi pod bronią za ścianą.
         Isaiah/Troy poszeptał chwilę do telefonu, po czym odłożył aparat na ladę i… Wybuchł rzewnym płaczem. Rasistów zamurowało, a czarni skupili się wokół szefa i zaczęli go przytulać i pocieszać.
         -Dobra – dopiłem swego drinka. – Panowie, dość mam już tego pedalstwa, czarnuchostwa, białastwa i reszty badziewia. Wychodzę, cześć. – I ruszyłem w kierunku wyjścia.
         -Nie! – krzyknął za mną zapłakany boss. – Zostań. Proszę.
         Zapanowała cisza przerywana jedynie przez hiperaktywność nosową Troya.
         -Dobra. Znamy się już kilka chwil, sytuacja dojrzała do zwierzeń – zaproponowałem. – A zatem zwierz nam się proszę: o co tu kurwa chodzi?
         -Ech. Tak naprawdę nazywam się Troy a nie jakiś Isaiah. Nie jestem nawet bandytą, tylko ochroniarzem w szpitalu. Dwa lata temu urodził mi się syn. Niestety nasze – moje i żony – szczęście zepsuła informacja, że chłopak jest chory. Zespół Lutera, czy jakoś tak.
         -Lutembachera – poprawił go Mickey. – Ubytek przegrody międzyprzedsionkowej połączony ze zwężeniem zastawki mitralnej. Przejebane.
         -Właśnie. Jedyną szansą jest przeszczep serca. Zebraliśmy na to 30 tysięcy Euro.
         -Drogo – stwierdził Mike.
         -Tak. Bo coś tam jeszcze się pokrzaczyło. W każdym razie zebraliśmy i czekamy na operację. Tylko, że prócz nas czeka jeszcze sporo osób. Jest wprawdzie kolejka, ale jeśli któryś przypadek zostanie zakwalifikowany, jako pilny, to idzie bez kolejki. Szpital robi siedem operacji w tygodniu. A oczekujących ciągle przybywa. Dziś to już prawie setka osób. Tymczasem mój syn czeka już tak długo, że pozostał mu może tydzień życia.
         -Ilu jeszcze jest przed tobą w kolejce? – zapytał Mickey, który nagle poczuł się bardzo ważnym Panem Doktorem.
         -Nikt. O to chodzi. Od miesiąca jestem tylko ja. Rzecz w tym, że przez cały zeszły miesiąc na salę wchodziły przypadki pilne. O tym, kto trafia pod nóż decyduje tylko jedna jebana kurwa. Niejaki doktor Jerry „daj w łapę” Lyzack. Dowiedziałem się o tym od pielęgniarki, która bardzo lubi mojego syna. Ten skurwiel bierze w łapę po 10 tysięcy, żeby wepchnąć dzieciaka bez kolejki. Oni są dużo mniej potrzebujący, ale wchodzą na salę pierwsi. Bo tatuś i mamusia zapłacili. A ja już nie mam z czego.
         -A to skurwysyniec! Poskarżę się na niego w Radzie Lekarskiej! – krzyknął zbulwersowany Pan Doktor.
         -Jak mniemam – zamniemałem – ów doktor Lyzack jest „chodzącym złem, szatanem pod ludzką postacią”?
         -Zgadza się.
         -No to nie rozumiem. Zabij go i spadamy stąd – rzucił Ojciec Andrew.
         -Sytuacja wygląda następująco. Dziś o północy zapada decyzja o wyborze jutrzejszego pacjenta. Jeśli nikt nie wskoczy bez kolejki, Troy Junior będzie operowany. Jednak ta szmata Lyzack, tutaj, w barze u Johna umówił się z kimś, kto ma mu wręczyć sianko za „ekspresik”. Gdyby do tego doszło, jeszcze przed północą Lyzack pojawi się w szpitalu i podpisze decyzję o przełożeniu operacji T.J. Dostałem taką cynę od Rose… Znaczy się, od pielęgniarki. I się wkurwiłem.
         -Widać.
         -Więc postanowiłem, że wpadniemy tutaj i przetrzymamy tę nędzną kreaturę do północy. Jak nie podpisze, to operacji T.J nic już nie będzie w stanie odwołać.
         -No dobra, panie nie-bandyto. A te kałachy, to skąd żeście tak na poczekaniu zdjełali?
         -Nie są prawdziwe. Gonzo jest utalentowanym aktorem porno. Grał ostatnio w filmie „Lalashnikow 2. Powrót do buszu”.
         -Do tej pory wyciągam włosy spomiędzy zębów – potwierdził Gonzo.
         -No. Pożyczyliśmy sobie kilka replik.
         Zadzwonił telefon. Nikt się nie ruszył. Troy był za bardzo zrezygnowany, John wycierał szklanki, a reszta leżała na ziemi. No to podniosłem.
         -Halo?
         -Troy? – zapytał Troy.
         -Mówiłeś, że masz zablokowane.
         -Dzwonię z komórki syna. On ma darmowe minuty. I przez to strasznie drogie esemesy.
         -Uhm.
-Kurwa, ktoś ty? Dawaj Troya.
         -Nie mogę. On jest zajęty. Właśnie zabija zakładnika.
         -Jezu. A ty kim jesteś?
         -Też zakładnik, ale ja jeszcze nie wkurwiłem Troya.
         -Dobra. Dobra. Powiedz mu, że 737 czeka na lotnisku.
         -Ale zatankowany do pełna?
         -Tak.
         -A to nie. Musi być pół baku.
         -Że jak?
         -Po co Troyowi cały bak? Będzie se chciał gdzieś usiąść i co? Najpierw będzie musiał zrzucać paliwo. A w tym czasie wy go namierzycie. A to jest samolot Ryan Air?
         -Tak.
         -A to też odpada. Troy ma zakaz wstępu na pokład samolotu tej linii, po tym, jak nie odmówił płatnego seksu stewardowi, niejakiemu Pierrowi.
         -Eeee…
         -Za.Je.Bię.Cię – pokazał mi na migi Troy.
         -No, to poszukajcie innej maszyny. A. Zapomniałbym. On chce siano.
         -Że co?
         -Kasę. Milion Euro w używanych monetach.
         -Co?
         -Tylko szybko – załkałem – on nas tu wszystkich pozabija.
         Odłożyłem słuchawkę. Delikatnie, żeby nie wkurzać Johna.
         -No dobra – zakomunikowałem. Mamy jeszcze pół godziny do północy. Może uda się dociągnąć. Jak zamierzacie stąd uciec?
         -Nie zamierzam – uniósł się honorem Troy. – Życie mojego syna jest najważniejsze. Mogę spędzić całe życie za kratkami. To nie ma znaczenia. Spełnię swój obowiązek. Mój syn… Moja krew… Moje…
         -Nie pierdol.
         Telefon znowu zadzwonił. To zaczynało być nudne.
         -Halo?
         -Nie będzie samolotu, jeśli Troy nie wypuści zakładnika.
         -Czekaj. – Nakryłem mikrofon dłonią.
         -Troy – ten drugi – chce zakładnika. Kto pójdzie?
         -Ojciec Andrew – zaproponował Hector.
         -Spierdalaj, tak? – zaoponował galanteryjnie ksiądz. – Sam se idź. Ja tu pełnię posługę duchową!
         -A ja mam apteczkę z medykamentami, gdyby ktoś potrzebował.
         -Niby skąd? Nie pracujesz już w aptece. Złodziej.
         -Wyspowiadam się u ciebie.
         -A wała. Chyba, że wyjdziesz.
         -Morda! – tym razem to byłem ja. Przyłożyłem słuchawkę do ust.
         -Troy, Troy ma problem z wytypowaniem zakładnika. Jak to się ma odbyć?
         -Niech wyjdzie ktokolwiek. Ma machać białą szmatą.
         -Nie mamy białej, bo się zakrwawiła i jest teraz czerwona. Może być kremowa?
         -Może być kurwa nawet ekri.
         -Że jak?
         -Srak. Dawać tego zakładnika.
         -A to ma być biały, czy czarny?
         -Co?
         -Zakładnik. Bo wiesz, jak wyjdzie biały, to czarni zrobią raban. A jak czarny, to biali zrobią raban. Mamy tu dość napiętą sytuację.
         -No to niech kurwa będzie żółty!!
         -Nie, nie, nie. John zostaje. On jest tu właścicielem i jeszcze nie wyczyścił wszystkich szklanek.
         -Dobra! – Troy zgrywał się na Pana Opanowanego, ale mu średnio wychodziło, bo strasznie mi sapał do słuchawki. – Niech to będzie na chybił-trafił. Wypuśćcie najstarszego.
         -Najstarszy nie żyje.
         -To najmłodszego.
         -To kiepski pomysł. Najmłodsi są bliźniacy. Z tego samego dnia.
         -To dawajcie obu.
         -Troy, Troy, Troy. Weź ty czasem posłuchaj siebie. Miał być jeden zakładnik, a teraz chcesz dwóch?
         -Kurwa!!!!
         -Nie dysponujemy. Ale chłopaki mówią, że burdel jest o przecznicę stąd.
         -Albo on mi da zaraz zakładnika, albo wchodzimy tam z oddziałem antyterrorystów. Jasne?
         -Poleje się krew.
         -Mam to w dupie! Chcę zdążyć na mecz.
         -A kto gra?
         -Derby Manchesteru. City ich zmiażdżą.
         -Chyba śnisz.
         -Wchodzimy.
         -Wtedy będzie masa papierków do wypełnienia. Na pewno nie zdążysz na mecz.
         -Buauuaaaa, dlaczego mnie to spotkało?
         -Nie maż się. Troy też kibicuje City i powiedział, że da ci jedenastu zakładników.
         -Yyy.
         -Chcesz, czy nie?
         -Biorę. Nara.
         Odłożyłem słuchawkę. Wszyscy patrzyli na mnie, jak na idiotę. Nawet ci co leżeli, bo już nie leżeli, tylko stali z rozdziawionymi gębami.
         -Nieźle ci naściemniał – zaśmiał się John. - Mecz o północy?
         -Szlag…
         -Czekaj, dobrze zrozumiałem? Mam oddać jedenastu zakładników? Przecież tu tylu nie ma! – zasępił się jakiś osowiały Troy.
         -Wyślij swoich ludzi. Po co mają iść do pudła?
         -Ha! Dobre.
         -Się wie.
         -Dobra czarnuchy. Wypad z baru!
         Czarni chłopcy od Troya dostali do łapek po kremowej serwetce. Kazałem im nimi machać na wysokości twarzy. No wiecie, żeby był kontrast. Kremowe na czarnym. No, noc jest, nie? Ciemno. Czaicie? Dobra, whatever.
         Poszli. Został Troy i jeden człowiek, który pilnował Layzacka. No i my – białasy plus jeden żółto-czarny. Niezły kolaż.
         -Myślisz, że się na to nabiorą? – zapytał Mickey.
         -Ty mi powiedz. Ja nie jestem stąd – odparłem, bo przecież naprawdę nie jestem stąd.
         -Ja też nie. Pochodzę z Derry.
         -Ulsterski rasista – skwitował go John.
         W tym samym momencie drzwi otworzyły się ponownie i stanął w nich jeden z Murzynów Troya.
         -Eee. Szefie. Oni się zwijają.
         Troy zrobił wielkie oczy, po czym błyskawicznym ruchem wypadł na zewnątrz. A ja za nim.
         -Co jest? – wrzasnął Troy.
         -Nic – odpowiedział Troy.
         -Ale przecież…
         -Posłuchaj. Tam, za rogiem właśnie ojebali bank. Tuż pod naszym nosem. Mówiąc krótko, w dupie mam Ciebie i ten cały burdel. Idźcie do domu, a ja zabieram się za prawdziwą robotę.
         -A mój milion? – zapytał Pan Wielki Oportunista.
         -Nie dostaniesz.
         -Zabije zakładników.
         -A co mnie to? – I Troy wsiadł do radiowozu, który zapiszczał na odjezdnym oponami. W ślad za nim podążyła reszta samochodów. W przeciągu minuty plac opustoszał. Nawet dziennikarze się zabrali. A miałem nadzieję, że będę sławny…
         -Olali nas – rzekł po cichu zdumiony Troy.
         -Nie martw się. Tak w życiu bywa – poklepałem go po ramieniu. – Spadamy stąd. Północ już minęła.
         -Chyba tak. Dzięki – Troy podał mi rękę, a ja całkiem przyjaźnie ją uścisnąłem.

***

         Przez chwilę zastanawiałem się, czy to zrobić. Mogło być niebezpiecznie. Trzy wdechy… No, jeszcze trzy. Pchnąłem wielkie stalowe drzwi magazynu.
         -O w mordę. A ty co tu robisz? – wrzasnął Troy odrywając się niechętnie od przeliczania leżącej na stole gotówki. Idę o zakład, że pomyli się przynajmniej pięć razy, nim doliczy do miliona. Potem już będzie łatwiej.
         -Niespodzianka.
        -A to kto? – usłyszałem za plecami głos tak niski, że zastanawiałem się, czy nie kucnąć, by lepiej słyszeć. Odwróciłem się w jednej chwili i stanąłem oko w sprzączkę od paska z największym Murzynem, jakiego widziałem w życiu i telewizji.         Patrzył na mnie z góry, a minę posiadał wielce srogą.
         -Szefie, to ten debil, co szefowi mówiłem. Szef wie. Ten, co mi pomógł wkręcić policję – zachichotał aktorzyna Troy.
         -Jak to taki debil, to czego tu przylazł?
         -Przylazł, bo to debil. No? Debilu? Jak tu trafiłeś?
         -A zwyczajnie. Śledziłem cię, panie ajkju master.
         -Jebnij mu! Obraża cię – zauważył rezolutnie niezidentyfikowany bandyta stojący w przyglądającej się całej sytuacji grupce.
         -Cicho być! Ty, debil, czego tu chcesz? – zapytał ten wysoki z niskim głosem.
         -Od razu wiedziałem, że ten cały napad na knajpę to wał.
         -Niby skąd? – spytał podejrzliwie Troy.
         -Ten zegarek na twoim łapsku to diamentowy Hubolt, no nie? Wart jakieś trzydzieści tysięcy Euro.
         -Czterdzieści!
         -Nie może być? Sprzedałeś nerkę swojego syna?
         -Dooobra, zamknij się.
         -Ten olbrzym ze swoimi ludźmi okradał bank, a wy odwracaliście uwagę, licząc, że łykniemy łzawą historyjkę o chorym synku i pomożemy wam zwiać. Sprytnie to sobie wykoncypowaliście. Z tego Layzacka to faktycznie kawał wała.
         -Z ciebie jest! – zezłościł się Layzack, który był chyba jedynym – prócz mnie – białasem w całym magazynie.
         -Dobra. Chcę sto tysięcy Euro i znikam.
         -Cooo? – wrzasnął Big Boss. – Ukradliśmy 10 milionów, a ty chcesz tylko sto tysi? To nieprofesjonalne!
         -Szefie – zaczął łagodnie Troy – wie szef, ustaliliśmy, że szef zajmuje się całą organizacją, ale finanse…
         -Cisza mi tu. Sugerujesz, że jestem głupi?
         -N...Nie. N… Nie.
         -Że nie znam się na swoim biznesie?
         -Nienienie.
         -Ty. Masz zażądać przynajmniej połowy. To był porządny napad, a nie jakieś fiku-sriku.
         -Nie ma mowy! Chcę sto, no pięćset tysięcy!
         -Pięć milionów!
         -Milion!
         -Cztery
         -Dwa.
         -Trzy.
         -Dwa i pół.
         -A, niech stracę – rzekł szef i plunął w swoją ogromną dłoń. Przyklepałem interes.
         -Ale wiesz, to nie takie proste. Wszystko musi być legalnie, muszę odprowadzić podatek? Jak wy to sobie wyobrażacie?
         Zapanowała cisza. Herszt rozejrzał się dokoła, po czym wyszczerzył zęby.
         -Właśnie dlatego ja tu jestem szefem – wycedził z dumą – bo ja wiem, jak robić biznes, a oni nie. No, wystawisz nam fakturę.
         -Uhm. Fajnie, fajnie. Ale wiesz, skoro tak, to trzeba doliczyć podatek i VAT, to kosztuje.
         -Wrzucimy sobie w koszty – rzekł zupełnie zrezygnowany Troy.
         Kiedy wychodziłem z magazynu, zastanawiałem się, kiedy w końcu do mnie strzelą. Nie dojdę do filara – to była pierwsza myśl. Gdy mijałem filar – nie dojdę do drzwi. Gdy mijałem drzwi – nie dojdę do furtki. Doszedłem jednak i do furtki i na postój taksówek. Potem już było z górki.
         Tak. W ten oto sposób stałem się posiadaczem dwóch i pół miliona Euro. Plus VAT i podatek. A swoją drogą, niezły aktor z tego Troya. Może to naprawdę Isaiah?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz