Kupiłem
łańcuszek. Ale nie jakiś tam gówniany złoty. Zwykły metalowy. Złoto jest
miękkie, a ja nie chciałem ryzykować, że mi się zerwie. Mógłbym powiedzieć, że
za dużo wydałem pieniędzy. Tyle, że w dupie mam te pieniądze…
Chyba
się nie popisałem. Chciałem przybelmondzić. O tak, wielki amant, geniusz
romantyzmu, Casanova XXI wieku, to właśnie ja. Heh.
Płakała.
A tego nie przewidziałem. Oczywiście, gdybym dysponował poziomem ajkju
przynajmniej na poziomie muchomora sromotnikowego, to pewnie nie zaskoczyłby
mnie fakt, że dawanie dziewczynie pierścionka zaręczynowego w wigilię jej ślubu
– dla mało kumatych dodam, że ślubu bynajmniej nie ze mną - może wywołać dość
skrajne emocje.
Poznałem
Monikę zbyt późno. To mało odkrywcza diagnoza. Ale prawdziwa. Była już
zaręczona. Z facetem, z którym spotykała się – z przerwami, jak to zwykle w
życiu bywa – od czternastu lat. Czyli jak na dzisiejsze standardy, od zawsze.
Poznaliśmy
się przy okazji… No, przy okazji. Ja reżyserowałem jakąś kretyńską reklamówkę,
ona w niej występowała grając na skrzypcach. I tak dalej, i tak dalej. Możecie
sobie chyba wyobrazić, jak takie rzeczy się toczą.
Była
piękna, nieziemska w łóżku i poza nim. W sensie, że na szafce w kuchni, w
wannie, pod prysznicem, na pralce. Tak. Była wspaniała…
Ech,
no dobrze. Kogo ja chcę oszukiwać? Żaden ze mnie supermacho. Po prostu
zakochałem się. Darujcie mi te wszystkie frazesy o rozbijaniu rodzin (albo
przyszłych rodzin – wszystko jedno), bałamuceniu niewinnych (niewinnych to – w
jej przypadku - stanowczo i zdecydowanie w przenośni) i tym podobnych. Czasami
jest tak, że życie zdziera z nas moralność pasami wraz ze skórą. Tak właśnie
było z nami.
Pierwszą
noc spędziliśmy razem eee… pierwszej nocy naszej znajomości. Potem były kolejne
i kolejne. Dziesiątki, setki… Nawet gdy już mi wyznała, gdy wiedziałem, że
zbliżam się ku krawędzi urwiska, nie potrafiłem przestać jej pragnąć.
Praktycznie
wszystko nas dzieliło. Prócz poczucia humoru. Na tej płaszczyźnie dogadywaliśmy
się jak siostra z bratem. O, przepraszam za brzydkie skojarzenie. Ale to
prawda. Te głupie żarciki, tekściki, minki – jakbyśmy się znali od stuleci.
A temperament? Ona była jak wulkan, który
wybucha przynajmniej raz na trzy godziny. Ja – jak lodowiec, który nigdy nie
zamarza, bo przecież od zawsze jest już zamarznięty. Jednak – to dziwne – w
niczym nam to nigdy nie przeszkadzało. Przeciwnie. Ja w tej całej swojej zimie
otrzymywałem od niej ciepłe powiewy wiosny. Co otrzymywała ona? Nie wiem. Nie
chciała powiedzieć.
No
i cóż. Jutro wychodzi za tego – jak mu tam – aaaaa nie pamiętam. Jakieś takie
głupie imię.
Na ten
pomysł z pierścionkiem wpadłem wczoraj. To było głupie, wiedziałem, że odmówi.
Chodziło chyba o symbol. O dowód miłości. Oświadczyłem się. W jej głębokich jak
Dolina Tempi oczach dostrzegłem najpierw ogromne zdziwienie. Za chwilę jednak -
powolutku, powolutku, coraz szybciej, coraz wyraźniej – pojawiły się łzy.
Poczułem ból. Żal, gniew i niemoc rozkrajały me ciało, a ja nic nie mogłem
zrobić. Wiedziałem, że to koniec.
Pocałowała
mnie. Ostatni raz. I wyszła.
Kupiłem
łańcuszek. Ale nie jakiś tam gówniany złoty. Zwykły metalowy. Złoto jest
miękkie, a ja nie chciałem ryzykować, że mi się zerwie. Na łańcuszku powiesiłem
pierścionek. Założyłem to wszystko na szyję. Pierścionek wbija mi się tuż
poniżej krtani. Przywyknę.
Usiłuję
zasnąć, ale nie mogę. Strach przed nieznanym… A może to tęsknota za nieznanym?
Tak czy inaczej, jedno, bądź drugie spędza mi sen z oczu. Jutro stąd wyjeżdżam.
I nigdy nie wrócę. Rzuciłem robotę, sprzedałem samochód, rozwiązałem umowę
najmu mieszkania, utopiłem kota i… No dobra, dobra, z tym kotem żartowałem.
Poza tym wszystko się zgadza.
Mówiąc
krótko i dosadnie: pierdolę to wszystko. Zamierzam jutro wsiąść do samolotu,
polecieć do Szkocji i zostać rybakiem. Nie biorę ze sobą bagażu ani niczego w
tym stylu. Zapominam nawet o własnym imieniu. Od dzisiaj jestem Duch.
Hm,
widzę, że mi nie wierzysz... Zakład?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz