piątek, 13 stycznia 2012

Wstęp


         Kupiłem łańcuszek. Ale nie jakiś tam gówniany złoty. Zwykły metalowy. Złoto jest miękkie, a ja nie chciałem ryzykować, że mi się zerwie. Mógłbym powiedzieć, że za dużo wydałem pieniędzy. Tyle, że w dupie mam te pieniądze…
         Chyba się nie popisałem. Chciałem przybelmondzić. O tak, wielki amant, geniusz romantyzmu, Casanova XXI wieku, to właśnie ja. Heh.
         Płakała. A tego nie przewidziałem. Oczywiście, gdybym dysponował poziomem ajkju przynajmniej na poziomie muchomora sromotnikowego, to pewnie nie zaskoczyłby mnie fakt, że dawanie dziewczynie pierścionka zaręczynowego w wigilię jej ślubu – dla mało kumatych dodam, że ślubu bynajmniej nie ze mną - może wywołać dość skrajne emocje.
         Poznałem Monikę zbyt późno. To mało odkrywcza diagnoza. Ale prawdziwa. Była już zaręczona. Z facetem, z którym spotykała się – z przerwami, jak to zwykle w życiu bywa – od czternastu lat. Czyli jak na dzisiejsze standardy, od zawsze.
         Poznaliśmy się przy okazji… No, przy okazji. Ja reżyserowałem jakąś kretyńską reklamówkę, ona w niej występowała grając na skrzypcach. I tak dalej, i tak dalej. Możecie sobie chyba wyobrazić, jak takie rzeczy się toczą.
        Była piękna, nieziemska w łóżku i poza nim. W sensie, że na szafce w kuchni, w wannie, pod prysznicem, na pralce. Tak. Była wspaniała…
         Ech, no dobrze. Kogo ja chcę oszukiwać? Żaden ze mnie supermacho. Po prostu zakochałem się. Darujcie mi te wszystkie frazesy o rozbijaniu rodzin (albo przyszłych rodzin – wszystko jedno), bałamuceniu niewinnych (niewinnych to – w jej przypadku - stanowczo i zdecydowanie w przenośni) i tym podobnych. Czasami jest tak, że życie zdziera z nas moralność pasami wraz ze skórą. Tak właśnie było z nami.
         Pierwszą noc spędziliśmy razem eee… pierwszej nocy naszej znajomości. Potem były kolejne i kolejne. Dziesiątki, setki… Nawet gdy już mi wyznała, gdy wiedziałem, że zbliżam się ku krawędzi urwiska, nie potrafiłem przestać jej pragnąć.
         Praktycznie wszystko nas dzieliło. Prócz poczucia humoru. Na tej płaszczyźnie dogadywaliśmy się jak siostra z bratem. O, przepraszam za brzydkie skojarzenie. Ale to prawda. Te głupie żarciki, tekściki, minki – jakbyśmy się znali od stuleci.
A temperament? Ona była jak wulkan, który wybucha przynajmniej raz na trzy godziny. Ja – jak lodowiec, który nigdy nie zamarza, bo przecież od zawsze jest już zamarznięty. Jednak – to dziwne – w niczym nam to nigdy nie przeszkadzało. Przeciwnie. Ja w tej całej swojej zimie otrzymywałem od niej ciepłe powiewy wiosny. Co otrzymywała ona? Nie wiem. Nie chciała powiedzieć.
         No i cóż. Jutro wychodzi za tego – jak mu tam – aaaaa nie pamiętam. Jakieś takie głupie imię.
Na ten pomysł z pierścionkiem wpadłem wczoraj. To było głupie, wiedziałem, że odmówi. Chodziło chyba o symbol. O dowód miłości. Oświadczyłem się. W jej głębokich jak Dolina Tempi oczach dostrzegłem najpierw ogromne zdziwienie. Za chwilę jednak - powolutku, powolutku, coraz szybciej, coraz wyraźniej – pojawiły się łzy. Poczułem ból. Żal, gniew i niemoc rozkrajały me ciało, a ja nic nie mogłem zrobić.  Wiedziałem, że to koniec.
         Pocałowała mnie. Ostatni raz. I wyszła.
         Kupiłem łańcuszek. Ale nie jakiś tam gówniany złoty. Zwykły metalowy. Złoto jest miękkie, a ja nie chciałem ryzykować, że mi się zerwie. Na łańcuszku powiesiłem pierścionek. Założyłem to wszystko na szyję. Pierścionek wbija mi się tuż poniżej krtani. Przywyknę.
         Usiłuję zasnąć, ale nie mogę. Strach przed nieznanym… A może to tęsknota za nieznanym? Tak czy inaczej, jedno, bądź drugie spędza mi sen z oczu. Jutro stąd wyjeżdżam. I nigdy nie wrócę. Rzuciłem robotę, sprzedałem samochód, rozwiązałem umowę najmu mieszkania, utopiłem kota i… No dobra, dobra, z tym kotem żartowałem. Poza tym wszystko się zgadza.
         Mówiąc krótko i dosadnie: pierdolę to wszystko. Zamierzam jutro wsiąść do samolotu, polecieć do Szkocji i zostać rybakiem. Nie biorę ze sobą bagażu ani niczego w tym stylu. Zapominam nawet o własnym imieniu. Od dzisiaj jestem Duch.
         Hm, widzę, że mi nie wierzysz... Zakład?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz