Zaokrętowałem
się w ostatniej chwili. Głównie dlatego, że po drodze do Belfastu złapaliśmy
gumę i Rafał przez kwadrans zmieniał koło. Ostatecznie jednak zdążyłem na
statek i nim jeszcze postawiłem stopę na pokładzie pasażerskim, wielkie silniki
zagrały i prom ruszył w kierunku szkockiego wybrzeża. Rafał pomachał mi na pożegnanie.
Pogoda
była dość marna. To właściwie eufemizm. Żeby byś ścisłym powinienem powiedzieć:
strasznie nakurwiało. Deszcz, wiatr. Masakra. Dziewięć stopni Beauforta, jak
dowiedziałem się od pracownika portu.
Noc bez
gwiazd to nie noc. Tym niemniej nie bardzo chciało mi się siedzieć w barze. Ubrałem
zatem ciepłą kurtkę z kapturem i wytarabaniłem się na pokład spacerowy. Trochę
połaziłem, trochę pomarzłem, a trochę pomokłem. Nic ciekawego, jednak – o dziwo
– całkiem sporo przyjemności przyniosły mi doznania związane ze spędzaniem
sztormu na morzu. To fantastyczna zabawa. Gorąco polecam.
Kiedy
zmarzłem już do tego stopnia, że postanowiłem spożyć w knajpie szklankę rumu,
zobaczyłem tego człowieka. Stał przy relingu spoglądając w czerń nocy.
-Hej. Co
robisz? – zapytałem. Odwrócił się błyskawicznie w moją stronę. Zaskoczyłem go.
-Ja…
Chyba skaczę.
-Jak to?
-No.
Zabiję się.
-Żartujesz?
W taką pogodę? Wiesz jak zimna musi być woda? Nic przyjemnego.
-Tak?
Tak. Ale ja skoczę.
-I nawet
nikt tego nie zobaczy. Nikt się nie dowie. Poczekaj choć do portu. Szybko cię
znajdą i w ogóle. Będą o tym gadać przez tydzień.
-Ale ja
się chcę zabić dla siebie! A nie dla innych.
Facet
trząsł się jak osika. Zastanawiałem się, czy faktycznie mógłby to zrobić, ale
wyglądał na takiego, dla którego sam skok z kilkunastu metrów jest zbyt
przerażający, by choćby przełożyć nogę za barierkę. O śmierci nie wspominając.
-Mam
piwo. Chcesz? – zapytałem nieszczęśnika. Właściwie trochę już mi się znudziło
zabawianie samego siebie. A pogadać – fajna rzecz. Nawet z zeschizowanym
schizofrenikiem.
-Ja nie
mogę – odparł – jestem tu samochodem.
-Ale
przecież skaczesz. – Nie dałem się zbić z tropu.
-A tak.
Zapomniałem. To może daj. A jakie masz?
-Polskie.
-Nie
znam. Ale mogę spróbować.
-Dasz mi
swój samochód? No wiesz, jak już skoczysz.
-Do
diabła człowieku. Myślałem, że chcesz mnie uratować. Od godziny sterczę przy
tym zasranym relingu i czekam, aż ktoś mnie od tego wszystkiego odwiedzie. Jak
tak dalej pójdzie, to naprawdę będę musiał skoczy. Co za świat. Zupełny brak
wrażliwości.
-A…
Znaczy się, że potrzebujesz pogadać. No dobra. Mnie akurat również się trochę
nudzi.
Starałem
się to wszystko wypowiedzieć z tonem świadczącym o kompletnej obojętności, choć
mówiąc szczerze – chciało mi się trochę śmiać. Nie co dzień spotyka się
samobójcę-filozofa- malkontenta.
-Dobra –
zadecydowałem – to idziemy do baru.
-E, nie.
W barze już byłem – mój nowy przyjaciel wyraźnie się strapił, co poskutkowało
jeszcze kilkoma dodatkowymi punktami na jego skali żałości.
-I?
-I mnie
wywalili. Barman to pedał.
-Skąd
wiesz?
-A skąd
mam wiedzieć? Nie wiem. Ale na pewno, bo jak mu to powiedziałem, to mnie
wywalił.
-A to
kawał drania – rzekłem z absolutnie perfekcyjnie udawanym przejęciem – to
chodźmy na rufę. Tam są takie fajne ławeczki.
-W taką
piździawę? Pochorujemy się.
-Mięczak.
Zresztą, i tak jest tam cieplej niż w miejscu, do którego się chwilę temu
wybierałeś.
-Znaczy
się gdzie?
-Znaczy
się w morzu, rzecz jasna.
-Aha. E,
nie będę skakał. Zresztą i tak nie umiem pływać. Ale za to mam fajny pomysł.
Zaczęło
się robić ciekawie. Statek jęczał i charczał. Fale wściekle rąbały w burty, ale
stalowy kolos przyjmował te ataki wcale dzielnie. Leniwie kołysał się na boki,
to w lewo, to w prawo. A potem znów w lewo – i tak do znudzenia. A może do
nudności?
Mój
towarzysz, jako że wymyślił sobie, że sprawi mi niespodziankę, nie powiedział,
dokąd idziemy. Za to, jak na przewodnika przystało, dziarsko ruszył przodem, po
śliskim pokładzie. Już po niecałej minucie zaliczył spektakularną glebę, po
której nauczyłem się kilkunastu nowych przekleństw po angielsku. Nie miałem
przy sobie kompasu, a i niebo nieszczególnie nadawało się obecnie do
wyznaczania kierunku, ale i bez tego można było się zorientować, że kierujemy
się ku rufie. Chciałem nawet zwymyślać niedoszłego topielca, że ukradł mi pomysł,
ale ten, tuż przed schodami na galeryjkę, zatrzymał się nagle i wskazał mi
metalowe drzwi. Sam zapewne nigdy bym ich nie zauważył. Za dużo energii
kosztowało mnie odpędzenie z pola widzenia irytującej mgiełki, by jeszcze
szukać ukrytych przejść. A te drzwi dokładnie tak wyglądały. Jak tajne wejście
do tajnego korytarza, wiodącego do tajnej komnaty, czy gdzieś tam. Były
zupełnie białe, a więc w kolorze nadbudówki. Nie miały żadnej wyraźnej klamki,
ani nawet porządnej framugi. Ot, kawał dziury zasłonięty metalową blachą. Po
środku blachy, w miejscu gdzie każde przyzwoite drzwi mają zamek, znajdowała
się dziwna, kwadratowa dziura. Ani chybi
służąca do otwierania i zamykania sezamu.
-Spoko –
rzekł najgorszy samobójca świata – mam na to patent.
I
faktycznie. Wyciągnął zza pazuchy coś, co teoretycznie mogło przypominać jakiś
rodzaj klamki. Wsunął to ustrojstwo do dziury w drzwiach i przekręcił. Dało się słyszeć
cichy zgrzyt i wrota usunęły się z miejsca.
-Czy to
aby legalne? – Zapytałem nieco przestraszony.
-Mięczak
– rzucił mi tamten i zaraz znikł w czarnej dziurze. Przegiął. Mnie nazywać mięczakiem.
Poszedłem więc za nim. Okazało się jednak, że drzwi nie prowadzą do żadnego pomieszczenia,
tylko do małej, nieco przesłoniętej platformy. Było tam całkiem przyjemnie, bo
nie wiało, ale widziałem, że mój towarzysz kieruje się dalej. Ku prowadzącym w kierunku
rufy schodkom. Były dość śliskie, więc schodziliśmy powoli. Na samym dole
trafiliśmy na kolejne drzwi.
-Ty –
zagadnąłem – co mam napisać na twoim nagrobku?
-Może
coś w stylu: „Zginął, bo jego żona, ta głupia suka…”
-Nie.
Nie. Chodziło mi raczej o Twoje imię.
-A.
Harri. Harri Logan. – Harri Logan zgrabnym ruchem ściągnął grubą rękawiczkę i podał
mi dłoń. Jak na prawie-trupa, uścisk miał wyjątkowo mocny. – A Ty? – Zapytał.
-Ja? Ja
jestem Duch.
-Duch?
Jak taki, co straszy?
-No.
-Fajno.
No to chodź Duchu. Już prawie jesteśmy.
-Skąd
znasz takie miejsca?
-Pływa
się trochę w tę i z powrotem. A zresztą. Mój brat pracuje na tym statku i mi pokazał.
-Twój
brat pływa? Jako kto?
-Jako
barman.
Nie
miałem więcej pytań. Harri raz jeszcze użył swojego wytrycha. Zamek jęknął.
Drzwi otworzyły się i momentalnie uderzył mnie w twarz zimny wiatr. Musiałem aż
przymknąć oczy, ale nawet pomimo tego zorientowałem się od razu, że jesteśmy na
rufie głównego pokładu. Tuż przed moim nosem stały dwie wielkie ciężarówki –
cysterny, które widziałem wcześniej z galerii deku pasażerskiego. Spojrzałem w
morze – widok byłby zniewalający, gdyby nie fakt, że było ciemno i zasadniczo
widok nie występował.
-Ekstra
miejscówa – wrzasnąłem by przebić się przez huk fal i wiatru zwielokrotniony dodatkowo
warkotem śrub okrętowych – ale bynajmniej nie cieplej niż na galeryjce.
-Tak ci
się tylko zdaje! Chodź.
Harri
podszedł do jednej z ciężarówek. Wielki, czerwony Man co chwila przyjmował na klatę
potężne ilości wody. Wiatr wpadał we wszystkie możliwe otwory lory i odgrywał w
nich naprawdę ciekawe melodie. Dość niespodziewanie Logan szarpnął za klamkę
umieszczoną na tyłku namalowanej na drzwiach TIRa dziewczyny. Drzwi otworzyły
się.
-No
chodź, mięczaku. Tylko uważaj na fale, szczurze lądowy.
Po kilku
próbach udało mi się w końcu oderwać od ściany i doślizgać do auta. Wgramoliłem
się do środka i zatrzasnąłem drzwi. Huk natychmiast zniknął, a gwizd stał się znacznie
cichszy. No i zrobiło się dużo cieplej.
-Spoko –
powiedział Harri tonem tak przekonującym, że prawie mu uwierzyłem – są bardzo
mocno przywiązane łańcuchami. Nie ma szans, żeby nas zmyło. Mój brat uosobicie
je przywiązuje.
-Barman?
– nie żebym wątpił w jego kompetencje, ale na wszelki wypadek ułożyłem sobie
szybciutko w głowie plan ewakuacji, na wypadek, gdyby schabowy wychodził bratu Harriego
lepiej niż na ten przykład wiązanie łańcuchów.
-No co
ty. Mój drugi brat. Juha. Barman to Matti.
-Aha.
Dużo tu jeszcze Loganów?
-Nie,
tylko oni.
-Finowie
z pochodzenia?
-Skąd
wiesz?
-Cóż. Te
imiona…
Spojrzałem
na wielką, panoramiczną szybę Mana i poczułem się trochę jak w automatycznej myjni
samochodowej.
-A do stacyjki
też masz kluczyk? Odpalilibyśmy sobie wycieraczki, co by wiedzieć, czy już nas
zmyło, czy może jeszcze nie. Harri zaśmiał się.
-Ale z
ciebie walnięty skurczybyk – rzekł i walnął mnie otwartą dłonią w plecy. Heh.
Przyganiał kocioł garnkowi.
Platforma,
na której stały ciężarówki oświetlona była bladym światłem pokładowej lampy.
Mogłem się w końcu nieco lepiej przyjrzeć mojemu dziwnemu towarzyszowi. Był dość
wysoki, wyższy niż ja, a wrażenie to potęgował fakt, iż raczej nie należał do najtęższych.
Delikatnie powiedziawszy. Zdziwiłem się też nieco tym, że jego twarz bynajmniej
nie wyglądała na młodą. Niedbały zarost przyprószony był tu i ówdzie siwymi plamkami.
Harri wyglądał na faceta zmęczonego życiem.
-Masz
tam coś innego do picia, niż piwo?
-Uhm.
Red Bull może być?
-Jasne,
człowieku.
Harri
bezczelnie zapalił papierosa. Poszedłem w jego ślady.
-No
dobra. To gotów wysłuchać historii mego życia? – zapytał mnie fiński Szkot.
-Taa.
-No więc
wyobraź sobie, że moja żona – ta suka – zostawiła mnie po dziesięciu latach małżeństwa.
Zapanowała
cisza, mącona jedynie cichym pogwizdywaniem wiatru i dziwnymi, lekko niepokojącymi
zgrzytami stali. Pewnie jakieś ogniwa jakichś łańcuchów właśnie pękały i jakieś
ciężarówki, z jakimiś pasażerami na gapę zaraz znajdą się w wyjątkowo
poirytowanym Morzu Irlandzkim. Odczekałem chwilę, spodziewając się kontynuacji
wątku ze strony Harriego, ale się nie doczekałem.
-I? –
zachęciłem.
-Co i? I
tyle. A co byś jeszcze chciał? Żebym zbankrutował? Umierał na jakąś paskudną, nieuleczalną
chorobę i w dodatku był genetycznie
uwarunkowanym impotentem - do piątego pokolenia wstecz? Ładny z ciebie
potencjalny przyjaciel. Nie ma co.
-No,
nie… Ale jak na historię życia, to dość niewiele powiedziałeś.
-Ona
była całym moim życiem – powiedział Harri, a w jego głosie po raz pierwszy tego
wieczora usłyszałem smutek. Nieudawany.
-Baby to
chuje – rzekłem sentencjonalnie. Odruchowo dotknąłem szyi. Pierścionek wciąż wisiał
na złotym łańcuszku. Logan dostrzegł mój ruch.
-Hej. Co
tam masz?
-Pierścionek
zaręczynowy.
-Czemu
akurat tam? Na szyi w sensie? Takie rzeczy się nosi gdzie indziej. I nosi je
kto inny.
-Co ty
powiesz? Wyobraź sobie, że ja też nie mam lekkiego życia z taką jedną.
Harri
zasępił się. I ja też się zasępiłem. I siedzieliśmy sobie tacy zasępieni
wewnątrz wygodnej kabiny targanego wiatrem i falami Mana. Krótka podróż powoli
dobiegała końca.
-Dobra,
kurna – rzekł w końcu Harri. – Musimy stąd spadać, bo jak dorwie nas mój brat, to
czeka nas przeciąganie pod kilem.
-Ty. A
co właściwie jest w tych ciężarówkach? W sensie, że po co je wiozą tu,
na
rufie? Zamiast, dajmy na to… Niech pomyślę… Wiem. Na przykład na car decku,
gdzie stoi jakieś dwieście podobnych pojazdów – nie byłem pewien, czy moja
ironia została wyjątkowo silnie zaakcentowana, tak czy inaczej mój towarzysz
zdawał się jej nie zauważać.
-A –
odparł – bo to nie pasażerowie. To wozy techniczne. Wiozą zapasowe paliwo, na wypadek,
gdyby z jakiegoś powodu zabrakło go na morzu.
-O kurwa
– rzuciłem, a nim jeszcze w moich ustach zabrzmiało przeciągłe „aaaa”, zdążyłem
już błyskawicznym ruchem zgasić papierosa o pierwszą lepszą powierzchnię, którą
napotkała moja ręka. Kierowca nie będzie zadowolony. Boczna szyba wyglądała
znaczne lepiej, kiedy nie była osmalona. Harri śmiał się do rozpuku.
-Aha.
Czyli to żart. Ale z ciebie walnięty skurczybyk – rzekłem.
Tymczasem
statek wydał ze swych trzewi głuchy, przejmujący i wyjątkowo przeciągły jęk.
-Syrena.
Wchodzimy do Strangroar. Lepiej stąd spadajmy – powiedział szybko Harri, po czym
otworzył drzwi. Ja otworzyłem swoje, wyskoczyłem na zewnątrz i lekkim
zdziwieniem stwierdziłem, że stoję oko w oko z rudobrodym grubasem. No, może
sformułowanie „oko w oko” nieszczególnie pasuje do sytuacji, grubas miał bowiem
ze dwa metry wzrostu i spoglądał na mnie z góry. Wyjątkowo groźnie.
-Patrz
Juha, co my tu mamy. Pasażer na gapę.
-Eeeee –
uderzyłem go w twarz elokwencją – zasadniczo to mam bilet, więc…
-Ach
więc masz bilet. No to szkoda. W takim razie odpowiesz za włamanie do
samochodu.
-Chociaż
z drugiej strony – odpowiedziałem bez szczególnego ociągania – jest
prawdopodobne,
iż zostawiłem go w innych spodniach. Więc chyba jestem pasażerem na gapę.
Wybuchł
gromki śmiech. Wyglądało na to, że mężczyzn jest co najmniej pięciu. Wraz z
moim prześladowcą obeszliśmy kabinę ciężarówki. Zobaczyłem Harriego i drugiego
Harriego, który musiał być Juhą. Wyglądali dokładnie tak samo. Bliźniaki,
kurde. Z tym, że jeden Harri trzymał drugiego Harriego za kołnierz, co
zasadniczo upraszczało problem identyfikacji.
-Moglibyście
sobie przyczepić jakieś wstążeczki? – Zapytałem – Jeden niebieską, a drugi
czerwoną, albo coś.
-Zgodnie
z prawem morskim – rzekł Juha nie zwracając uwagi na moje uwagi –karą za podróż
na gapę, jest przeciąganie pod kilem. Dawajcie linę chłopaki.
-Chwileczkę.
Przed wypłynięciem przeczytałem wszystkie książki dotyczące prawa
morskiego
i okolic. Nic tam nie było o przeciąganiu pod kilem. Toteż wydaje mi się, iż nastąpiło
drobne…
Przerwał
mi ponowny wybuch śmiechu. Jakiś wielki Murzyn rzucił u moich stóp zwój liny. Stalowej.
Chłop musiał być silniejszy od Pudziana. Załoga rechotała wiążąc nam ręce z tyłu
tułowia. Harri – ten właściwy – nie odezwał się ani słowem. To nie świadczyło
zbyt dobrze. Chyba się trochę przestraszyłem. Kto wie do czego zdolna była ta
banda. Gdyby rozpatrywać ten temat z logicznego punktu widzenia, należałoby
zaznaczyć, że jedyną osobą, która to wie, jest zapewne Harri. Jednak jego
nieciekawa mina zniechęciła mnie do korzystania z dobrodziejstw logiki.
-No to
co – rzucił Juha, dawać ich do…
-Ja się
kurrrrwa uprzejmie pytam – zaryczał nam nad głowami głos z megafonu – kto nas w
końcu łaskawie przycumuje do nabrzeża!
Chłopaki
momentalnie zapomnieli o swojej średniowiecznej formie rozrywki i natychmiast rzucili
się do burt.
-Duchu,
zamknij ich w ciupie. Potem się zastanowimy, co z nimi zrobimy. – Krzyknął Juha,
chwytając wielki zwój liny cumowniczej.
-Ja -
zdziwiłem się?
-Nie. Ja!
– rzekł wielki Murzyn.
-Ale
fajnie. Tak samo się nazywamy.
-Może
jesteśmy braćmi.
-Będę
musiał o tym pogadać z mamusią! – to rzekłszy uległem brutalnej sile, która
pchnęła mnie w nieokreślonym kierunku. Jedną ręką. Drugą nadawała wektor
Harriemu.
„Ciupa”
okazała się być czymś na kształt starego magazynu na miotły. Miała może z 5 metrów
kwadratowych i śmierdziało w niej nieświeżą wodą. Duch bezceremonialnie
wepchnął nas do środka i zamknął drzwi na zewnętrzną zasuwę.
-No to
nieźle – powiedziałem. Zacząłem się trochę martwić. Ostatecznie byliśmy już w porcie
i chciałem w miarę szybko opuścić tę cudna łajbę, żeby poszukać jakiegoś pociągu
na północ. Ale cóż. Harri nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Odniosłem
nawet wrażenie, że nie pierwszy raz trafił do „ciupy”. Zwalił stare, metalowe
wiadra z mocno zakurzonej półki na ścianie, a następnie wyciągnął się na niej
jak na koi.
-Proponuję
ci zrobić to samo – rzekł. – To może nieco potrwać.
Niechętnie
przygotowałem sobie miejsce do leżenia. Z kosza stojącego na sąsiednim regaliku
wyciągnąłem kilka szmat, by zetrzeć nieco kurzu z mojego nowego łóżka. Ale powąchawszy
je stwierdziłem, że w sumie kurz wcale nie jest taki zły i zapewne łatwiej mi się
będzie przyzwyczaić do niego, niż do zapachu stęchlizny i pleśni bijącego od
tego, co kiedyś było zapewne całkiem modnym, kobiecym sweterkiem.
Chcąc,
nie chcąc, położyłem się na półce. Moje ciało błyskawicznie przypomniało mi, że
od dłuższego czasu nie było już poddawane procesowi regeneracji. Z miejsca
zakręciło mi się w głowie, która była obecnie nienaturalnie ciężka. Chyba nawet
ziewnąłem.
-Co
robisz, Harri?
-Nic.
Leżę.
-Chodzi
mi o to, co robisz na co dzień. Czym się zajmujesz?
-A.
Pływam.
-Poważnie?
– poniosłem się z mojego prowizorycznego posłania, momentalnie
zapominając
o zmęczeniu i ciężkiej głowie.
-No. Dla
stoczni. Doręczam statki do armatora. Czasem robię też fuchy.
-Duże?
-Duże,
małe, wszystkie. Mam kilkunastu ludzi w załodze. Potrafimy pływać wszystkim.
-To
znaczy, że jesteś kapitanem?
-No tak
jakby.
-Tak
jakby?
-No
jestem, tylko chciałem być skromny.
-Popsuł
ci się humor Harri?
-Trochę.
Przypomniała mi się żona. A poza tym, przez tych żartownisiów dziś w nocy się zupełnie
nie wyśpię. A rano rejs.
-Gdzie
płyniesz?
- Wiozę
barkę na remont w stoczni Southampton, a za tydzień płynę do awanturników z Logle.
Dostarczam im elegancką, nowiutką, ledwie piętnastoletnią łódź ratowniczą.
Upierdliwe łajzy w końcu dopięły swego.
-To
znaczy?
-No
wiesz. Logle to taka mała wiocha na Isle of Skye. Wszyscy mężczyźni są tam rybakami.
Ale, że mieszkają dość blisko uczęszczanego szlaku morskiego, nie raz zdarzało
im się brać udział w akcjach ratowniczych. Właściwie, to mają i po
dziesięć takich eskapad w roku. Więc
kilka lat temu założyli se Kółko Pomocy Morskiej i napisali do rządu, żeby im
podarować statek ratowniczy, a oni wtedy, w ramach wolontariatu, będą na nim
udzielać pomocy wszystkim potrzebującym.
-Statek?
Za darmo? Chyba nie wiedzą ile kosztuje.
-Chyba
wiedzą. Ale słuchaj. Istnieje w tej kwestii precedens. Kilkanaście lat temu
inna wioska dostała od rządu taką łódkę. W bardzo podobnej sytuacji. Właściwie,
to w identycznej. A potem dzięki temu wykonali kilka głośnych akcji
ratunkowych. Tyle, że przy wariatach z Logle są jedynie zbieraniną szczurów
lądowych.
-Takie chojraki
w tym Logle?
-Taa.
Pływają z dziada pradziada. Wychodzą w morze w taką pogodę, w jaką ty bałbyś
się ruszyć z wyra do kibla. I niejeden im zawdzięcza życie, to trzeba przyznać.
-No to
chłopy mają mocne argumenty.
-Ta. Ale prócz argumentów mają też podziwu
godny upór. W niektórych kręgach zwany kurewską upierdliwością.
A tymczasem zaskrzypiało, zazgrzytało i
drzwi „ciupy” otworzyły się z jękiem. Stał w nich Juha.
-Cześć
Juha – rzekłem. – Długo jeszcze będziemy tu siedzieć?
Bracia
spojrzeli się na mnie z ukosa. Obaj.
-Ty –
powiedział Harri, a ton jego głosu świadczył, że popełniłem jakieś bliżej
niezidentyfikowane
faux pass. – Nie rób wiochy. Przecież to Matti – barman i kucharz w jednym..
No bez
jaj. Trojaczki?
-Niezła
z was rodzinka – podsumowałem. - Masz żółtą wstążeczkę?
Matti
raczej nie zrozumiał o co mi chodzi, ale zupełnie się tym nie przejąłem, bo
gość właśnie wtoczył do wnętrza naszego więzienia kilka nutek osobliwego,
pikantnego zapachu.
-Macie
szczęście, że mam miękkie serce – rzekł barman, po czym postawił przed nami dwa
wielkie talerze z pizzą. Następnie zwrócił się do mnie – a także, że nie
skąpiłeś na napiwku w barze.
-Cała
przyjemność po mojej stronie – rzuciłem, chwytając pierwszy lepszy kawałek pizzy.
Smakowała wybornie. Matti tymczasem wycofał się na z góry upatrzoną pozycję, to
jest za drzwi. Sztaba zgrzytnęła ponownie. A więc nasza niedola nie zakończyła
się jeszcze, ale jakież to miało teraz znaczenie? Ta szyneczka, pyszny,
roztopiony serek, cudowne, pachnące oliwki, mniam, mniam, mniam.
-To tfo
f tymi ybakami? F kącu fypfofili?
-W końcu
wyprosili. A raczej wymusili. Wyobraź sobie. Przez pięć lat, dzień w dzień
przysyłali list. Zawsze tej samej treści. Zawsze ze wszystkimi podpisami,
formułkami etc. etc. Do przesyłki załączali wciąż pogarszającą się statystykę wypadków
w regionie. Czasem w kopercie znajdował się też pełen żalu i nostalgii list którejś
z żon naszych dzielnych rybaków, złorzeczącej na cały świat, zżeranej przez
strach, że jej biedny mąż, by ratować ludzi, wypływa w morze starym trupem. Że
nie mają warunków i takie tam pierdoły. Osobiście uważam, że ściągają gotowce z
netu. No i w końcu jeden z lordów stracił cierpliwość. Za własną kasę kupił
jakiś złom, po czym kazał go wyremontować i wysłać do Logle. W zamian zażądał
podpisu pod dokumentem o treści – cytuję: „My,
niżej podpisani rybacy z Lolge przyjmujemy Pański dar i niniejszym przysięgamy
się w końcu od pana odpierdolić". Nie kituję. Przypomnij mi potem, to ci
pokażę, bo mam ten papier w aucie.
Dźwięk,
a raczej cała seria dziwnych dźwięków, wydawanych przez kadłub, lekko mnie zaniepokoiła.
Spojrzałem na Harriego.
-Wypływamy
– rzekł nieco zbyt odkrywczo.
-Ale jak
to?
-Tak to.
To masz jeszcze tego browara? Bo chyba przez najbliższe kilka godzin nie będę jednak
prowadził.
Faktycznie,
wypłynęliśmy. Silniki zapracowały głośniej, a nasze stalowe więzienie
nieznośnie
zawibrowało. Statkiem zabujało i Harri zwalił się ze swojej półki.
-Cholera
– wrzasnął – robią to celowo!
-Z
pewnością Hari.
Kilka
minut później nieoczekiwanie drzwi ię uchyliły i stanął w nich Duch i któryś z
Loganów
– zapewne Juha, ale własną juchą bym nie poręczył.
-Dobra –
rzekł Duch. – Wyłazić.
Dwa razy
nam tego powtarzać nie było trzeba. Zerwałem się z mojej prowizorycznej koi.
Harri wyskoczył na zewnątrz. Szybko pokonał krótki korytarz i już po chwili
wciągał w nozdrza powiew świeżego, zatokowego powietrza. Po kilku chwilach dogoniłem
go i obaj znów staliśmy na rufowej platformie. Wpatrywałem się w dwie, zupełnie
nowe ciężarówki. Często zmieniają paliwo. Chyba nie słyszeli o kryzysie.
-Ej wy –
rzekł naraz Juha – macie bilet na rejs do Belfastu?
-Ale… -
zająknąłem się, a błysk w oku wielkiego Murzyna wybitnie mi się nie spodobał.
-Nie
macie? No to z powrotem do ciupy – powiedział przez wyszczerzone zęby Duch, po czym
chwycił mnie za kołnierz tak mocno, że niemal oderwałem się od ziemi. Kilkoma wprawnymi
ruchami umieścił mnie z powrotem w składziku. Za moment przez drzwi wpadł
również wściekły Harri. Nauczyłem się kolejnej porcji przekleństw, tym razem
chyba jednak również gealickich a może nawet fińskich. Pięknie.
Harri
był naprawdę wściekły. Walił w drzwi tak mocno, że bałem się iż połamie kadłub
i zatoniemy. I nie bez powodu chyba.
-Albo
nas stąd wypuścicie bando patałachów, albo natychmiast zatopię statek – darł
się w niebogłosy. Zza drzwi dobiegał rubaszny śmiech załogi. Chyba mieli
naprawdę niezły ubaw naszym kosztem.
-Ja nie
żartuję – wrzeszczał nadal Harri – bando tępych sukinsynów. A niechże wasze
matki… - i tu dodał co faktycznie myślał o ich matkach, a myślał wiele i
zasadniczo niezbyt dobrze. Ciekawe czy ów zbiór plugawionych matek zawierał
również rodzicielkę Juhy. To by było ciekawe, prawda?
Zmęczywszy
się, Harri zamknął w końcu jadaczkę i jak długi zwalił się na półkę. Spojrzał
na mnie z byka.
-Ty, a
coś ty taki wesoły? – spytał podejrzliwie.
-A
zobaczysz – odparłem tajemniczo, a mój uśmiech musiał być chyba wyjątkowo chytrej
natury, bo Harri zatarł ręce i zachichrał złośliwie.
I faktycznie,
nie minęło nawet 5 minut, gdy…
-Kurrrrrrrwwwaaaa!!!!!
– dobiegło z rufy. Nim jeszcze drzwi się otworzyły, przyjąłem absolutnie
niewinną minę. Jestem przekonany, że mógłbym za jej pomocą nawracać na chrześcijaństwo
zabójców z Czarnego Września.
Huknęło.
Drzwi rozwarły się i stanął w nich mokry i wściekły rudobrody wielkolud. Ten
sam, który miał zaszczyt pojmać mnie jako pierwszy.
-Gdzie
jest kłódka? – wrzasnął.
-Jaka
kłódka? – zapytał Harri.
-Jaka
kłódka? – zapytałem ja.
-Ja ci
zaraz pokażę jaka – odparł rudzielec sapiąc wściekle – po czym rzucił się w
moim kierunku. Jak na takiego tłuściocha wyjątkowo zwinnie i szybko się
poruszał.
-Aaaa,
ta kłódka – zajarzyłem w końcu, jednocześnie wybijając mu potężnym żelaznym klocem
dwie górne jedynki. Cios wyszedł mi pierwsza klasa. Na kłódce nie było nawet
rysy. Rudzielec bez słowa rozścielił swe cielsko na podłodze.
-Spadamy
– rzuciłem do Harriego, który nawet jeśli zbladł, to nie dał tego po sobie poznać.
-Aleś mu
przypierdolił – rzekł z niekłamanym uznaniem, a moje serce wypełniło
się
dumą.
Wyskoczyliśmy
na pokład. Długo pamiętałem potem to, co tam zobaczyłem. Z dwóch wielkich ciężarówek
na swoim miejscu została tylko jedna. Druga przesuwała się właśnie po pokładzie
w stronę krawędzi statku. Jeszcze moment i zsunie się we wzburzoną otchłań. Dziesięciu
wielkich marynarzy - i jeden nieduży Juha – prężyło muskuły usiłując utrzymać
pojazd na wielkich stalowych łańcuchach. Niestety, brakowało im jednego
istotnego elementu. Kłódki, którą zabrałem chwilę wcześniej. Statek bujał się
na falach a ciężarówka jeździła w tę i z powrotem po mokrym pokładzie. Już
zdawało się, że rozpędzona maszyna uderzy w drugi pojazd, gdy gwałtowny
przechył statku rzucał nią w przeciwną stronę. Duch chyba jednak nie był tak
silny, jak Pudzian, bo wraz z innymi zupełnie nie mógł sobie poradzić z plątaniną
łańcuchów.
Jeden z
gwałtowniejszych podmuchów wiatru rzucił na pokład spienioną falę, która
trafiła Juhę prosto w plecy. Juha upadł i ześlizgnął się po pokładzie, wprost
za burtę. Był już obiema nogami nad przepaścią, ale jakimś cudem zdołał się
uchwycić rękami relingu. W jednej chwili Harri rzucił się w jego stronę. Był zwinny
jak kot. Przebiegł kilkanaście metrów po mokrym pokładzie a potem rzucił się
nogami do przodu, ku barierze. Stopami zaparł się o reling, a dłońmi chwycił za
rękawy sztormiaka Juhy.
Ja w tym
czasie skoczyłem w kierunku tańczącej po pokładzie ciężarówki. Wiedziałem, że
muszę spiąć ze sobą dwa wielkie łańcuchy – jeden biegnący wzdłuż pokładu,
przytwierdzony z jednej strony do wielkich haków wspawanych w nadbudówkę, a z
drugiej nawinięty na bęben ogromnej zwijarki. I drugi, który przebiegał w poprzek
ramy ciężarówki i miał ją dociskać do pokładu.
Wyczekałem
aż statek pochylił się na sterburtę i kopiując wiernie wślizg Harriergo sprzed
kilku sekund, dostałem się wprost pod tylny most tańczącego ciągnika. Huk
wiatru i wody zagłuszał wrzaski marynarzy, ale kilka słów zrozumiałem i stanowczo
nie była to poezja. Chłopaki chyba nie rozumieli moich intencji. No trudno.
Podczołgałem się metr w kierunku przodu pojazdu. Usłyszałem kolejne
przekleństwa i kątem oka zauważyłem, że przednia oś oddala się ode mnie. Ułamek
sekundy wystarczył mi, by zrozumieć grozę sytuacji. Błyskawicznym ruchem przekręciłem
się na plecy, przesuwając jednocześnie w stronę środka ciągnika ciągnika.
Niespełna
jedno „kurwa” później, tuż obok mojej twarzy przetoczył się ciężki gumowy
bliźniak Micheline’a. Zacząłem doceniać werbalną pomoc chłopaków. Ich
przekleństwa uratowały mi życie. Tymczasem jednak sytuacja stawała się coraz
trudniejsza. Przez moment w polu mojego
wzroku pojawili się obaj Loganowie. A więc nic im nie jest. Nie rozróżniałem
ich obecnie, ale obaj z całych sił ciągnęli łańcuch uczepiony do ramy ciężarówki.
-Harri!
– wrzasnąłem – musicie naciągnąć łańcuchy na siebie!
-Co?
-Łańcuchy.
Skrzyżujcie łańcuchy a ja je zepnę!
Harri
chyba pojął, bo krzyknął coś w kierunku reszty. Wszystkie ręce ciągnęły teraz w
jednym kierunku. Auto powoli, milimetr po milimetrze przesuwało się bokiem w
kierunku łańcucha wzdłużnego. Co jakiś czas wściekła fala przesuwała auto w tę
lub z powrotem. Kilka razy musiałem jeszcze unikać toczących się w moją stronę
kół, ale ostatecznie załodze udało się skrzyżować łańcuchy. Teraz wszystko zależało
ode mnie. Wstrzymałem powietrze. Czas zwolnił. Byłem skupiony do granic
możliwości. Wyczekałem aż statek znajdzie się we w miarę horyzontalnej pozycji.
Teraz! Szybkim ruchem złączyłem ze sobą ogniwa łańcucha poprzecznego i
podłużnego. Już prawie zapiąłem je skoblem kłódki, ale w tym momencie statkiem
szarpnęło i ogniwa rozwarły się z wielką siłą a kłódka poleciała po pokładzie w
stronę burty. Duch, który był najbliżej, puścił łańcuch i zanurkował po kłódkę.
Złapał ją, po czym pchnął po pokładzie w moim kierunku. Załoga w tym czasie
ponownie naciągnęła łańcuchy na siebie. Widziałem już, że muszę zaatakować
ogniwa trochę wcześniej, bo inaczej
znów nie zdążę ich spiąć. Ale jeśli zrobię
to za szybko, to mogą mi zmiażdżyć palce. Pech.
Tymczasem
marynarze powoli tracili kontrolę nad sytuacją. Auto znów zaczęło się przesuwać
w stronę burty. Nie mogłem już czekać. Zamknąłem na chwilę oczy, nabrałem
powietrza i najszybciej jak potrafiłem, spiąłem oba łańcuchy. Głuchy trzask
upewnił mnie, że zamek działa. Spięte ogniwa zwarły się ze sobą. Ogromny
ciągnik z naczepą został spętany jak wół. Usłyszałem okrzyki. Jakieś wielkie
łapy wsunęły się pod ciężarówkę i chwyciły mnie za frak. Po pokładzie przelewała
się woda. Juha zameldował coś przez krótkofalówkę – zapewne nadał informację o
powodzeniu akcji na mostek. Marynarze - w tym bezzębny rudzielec, który - jak
widać - zdążył się już ocknąć i który obecnie trzymał mnie za frak - co nie
wróżyło niczego dobrego – wskoczyli szybko na korytarz, po czym wbiegli po
schodach na górę. Tam skierowali się ku ciężkim drzwiom w środkowej części
nadbudówki. Wbiegliśmy do środka. Ktoś zatrzasnął drzwi. Zrobiło się cicho i
ciepło. W końcu.
Marynarze
sapali i jęczeli leżąc plackiem gdzie popadło, ale widać było, że są wściekli. Muszę
przyznać, że poczułem pewien niepokój. Pierwszy ciszę przerwał bezzębny.
-Kulwa,
zamolduję cię, skulwielu – i nawet ruszył w moim kierunku, ale tym razem z
wyraźną rezerwą. Cóż, chyba wyrobiłem już sobie markę. Podniosłem rękę w geście
obronnym i rudzielec się zatrzymał.
-Masz
mózg? – wściekał się czarny Duch. Mogłeś nas wszystkich pozabijać. A gdyby
cysterna wypadła za burtę, to mogła zniszczyć śrubę. W taką pogodę poszlibyśmy
na dno, jak kamień.
-A
gówno! – wrzasnął biały Duch, znaczy się ja. – Co ty sobie myślisz? Że
zabrałbym tę kłódkę, gdyby była zapięta? Któryś z was – patałachy – zostawił ją
otwartą. Gdybym jej nie zabrał, to byście dopiero mieli przejebane! Łańcuchy
rozerwałyby ją na strzępy i co byście zrobili? Ty! Może połączyłbyś ogniwa
swoim wielkim czarnym fiutem? Albo pobiegł szukać zapasowego zamka w magazynie?
Zapanowała
cisza.
-Kto
zapinał kłódkę po zmianie załadunku? – spytał w końcu Juha.
-Ja – to
był Duch.
-Jesteś
pewien, że zapiąłeś ją dobrze?
-Zdawało
mi się, że… Nie… Być może przez przypadek zostawiłem ją otwartą – przyznał w końcu
Duch pocierając dłonią potylicę.
-Dobra –
Juha podniósł się z miejsca. – Mam już dość całej tej historii. Zabierzcie tych
dwóch do kapitana. Niech on się z nimi męczy.
-Ale
Juha… - próbował oponować wciąż obficie krwawiący bezzębny.
-Bez
gadania. I rusz dupsko do lekarza, bo się wykrwawisz na śmierć. Harri posłał mi
łobuzerski uśmiech.
To był
naprawdę duży statek, toteż na mostek szło się przez dłuższą chwilę. Część drogi
odbywała się po pokładzie spacerowym, na którym obecnie nie było ani jednego spacerowicza.
No, był jeden. Jakiś Japoniec - kamikadze robił zdjęcia rozbryzgującym się o burtę
falom.
-Stawiam
dziesięć funtów, że jego Toyota albo Nissan nigdy nie ujrzy już swego właściciela
– rzekłem.
-Przyjmuję
– odparł Duch.
Po
mozolnej wspinaczce po schodach, stanęliśmy w końcu u dębowych drzwi z napisem „Mostek.
Nieupoważnionym wstęp wzbroniony.” Duch zapukał.
-Wejść!
Weszliśmy
do środka. Takiego widoku się nie spodziewałem. Moim oczom ukazało się
nowoczesne centrum dowodzenia. Przez całą szerokość statku ciągnął się rząd ogromnych
okien. Pomieszczenie wyglądało jak gigantyczna szklarnia. W centralnym punkcie,
ale – o dziwo – znacznie oddalony od szyby, stał wielki skórzany fotel,
otoczony cała masą cyfrowych tablic kontrolnych i kilkoma manetkami sterowania.
Na fotelu siedział młody mężczyzna. Jego dłonie spoczywały na joysticku, a
wzrok na
kolorowym
monitorze zwisającym ponad głową z sufitu. Prócz sternika w pomieszczeniu było jeszcze
trzech mężczyzn.
-Duch –
rzekł w końcu najstarszy z nich – bez wątpienia kapitan.
-Tak,
kapitanie? – odrzekł Murzyn.
-Nie ty.
Ten drugi Duch – kapitan zbliżył się z szerokim uśmiechem na twarzy i wtedy rozpoznałem
w nim Aidena McFlyera.
-Aiden –
wykrztusiłem. – Co za miła niespodzianka.
-Kapitanie,
to właśnie ci, o których meldowaliśmy – nieśmiało wtrącił zszokowany do granic możliwości
czarny Duch.
-Dobrze,
dobrze. Idźcie już do swoich zadań.
Duch
odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.
-A ty
Juha? Co tak stoisz? Nie masz nic do roboty?
-Ale… Ja
nie jestem Juha – odparł nie-Juha.
-Tylko
niby kto?
-Harri.
-Harri?
-No…
Harri Logan. Brat Juhy i Mattiego.
-Bez
jaj. Trojaczki?
Czy
mówiłem już, że od pierwszej chwili polubiłem tego faceta?
-No
dobra. Przebierzcie się w coś suchego i napijcie herbaty, a potem chce się
dowiedzieć, jak to się stało, że szczur lądowy o mały włos nie zatopił mojego
statku - zaśmiał się Aiden.
-A masz
może nieco rumu do tej herbaty? – zapytałem nieśmiało. Kapitan wyszczerzył
zęby.
Kiedy
kwestie wiktu i opierunku były już uregulowane, rozsiedliśmy się wygodnie w skórzanych,
kapitańskich fotelach. Takie podróżowanie, to ja rozumiem.
-Wiesz –
zwierzał się kapitan – nie lubię latać, od kiedy zginąłem w katastrofie nad
Uzbekistanem.
-Eee,
jak by to powiedzieć…
-Wiem,
wiem. Spałem, kiedy to się stało. Obudziłem się leżąc w błocie. Wrak płonął.
Musiałem się oddalić. Potem przyjechały jakiś służby, ale ja zdążyłem się stamtąd
wynieść, no bo co mam im przeszkadzać? To było w latach 70, tuż pod
Taszkientem. Złapałem jakąś taksówkę. Byłem cały ubłocony, ale taksiarz i tak
wyglądał gorzej ode mnie. Zawiózł mnie do jakiegoś hoteliku bez telefonu. Potem
dowiedziałem się, że cały wrak spłonął, wszystkich pasażerów uznano za
zmarłych.
-A tobie
nic się nie stało.
-Tego
bym nie powiedział. Miesiąc spędziłem w szpitalu.
-Obrażenia
powypadkowe?
-Obrażenia
po żonie. Obraziła się i zrobiła mi pewien hm… wykład. W sumie mogłem się
domyślić, że prawie 50 godzin przekonania, że zostało się wdową, może kobietę
pchnąć do wałka. Zwłaszcza, jeśli jej mąż zapomni zadzwonić z Taszkientu z
informacją, że jest cały. Ach, moja słodka delikatna Ailein. Kooocham ją.
-Harri –
zwróciłem się do mojego nowego przyjaciela. – Mam pewną prośbę. Co powiesz, na
mały dowcip?
-Ale z
ciebie walnięty skurczybyk – uśmiechnął się Harri. – Co ci chodzi ci mózgownicy?
Kilka godzin
później zawinęliśmy w końcu do Strangroar. Pożegnałem się z moimi towarzyszami
i ruszyłem w kierunku wyjścia. Byłem już w połowie trapu gdy usłyszałem:
-Hej
Duchu! Mamy jeszcze pewną niezałatwioną sprawę! – Obejrzałem się i zobaczyłem
czarnego Ducha stojącego na pokładzie z lornetką w wielkim imadle. To znaczy,
chciałem powiedzieć w dłoni.
-Chodź
no tutaj na chwilę.
Niechętnie
powlokłem się trapem na górę. Duch podał mi lornetkę i wskazał kierunek.
-Tam, po
prawej. Zaraz przed bramą.
Przyłożyłem
oczy do okularów. Ostrość trochę nawalała, ale i tak wyraźnie zobaczyłem małe,
zielone Mitsubishi Colt. Jego kierowca uśmiechał się szeroko i machał ręką do wszystkich,
których zauważył.
-Kurrrrr
– rzekłem, wręczając zadowolonemu Duchowi dziesięć funciaków.
http://www.facebook.com/pages/Mona-Projekt-Literacki/326523334048402
http://www.facebook.com/pages/Mona-Projekt-Literacki/326523334048402
lekkie, klimat w kolorze szaro-granatowym, czytałam z uśmiechem typowym dla Mony...Lisy :P
OdpowiedzUsuń