Świtało.
Niezwykle uprzejmy pan taksówkarz zaciągnął ręczny hamulec i wyskoczył na
zewnątrz, by wyciągnąć z bagażnika moją torbę. Na jego ustach malował się
szczery uśmiech numer pięć. Przyznać trzeba, że kierowca był bardzo pomocny. I
nic dziwnego, zważywszy ile mu za ten - nie tak znowu długi - kurs zapłaciłem.
A niech mu tam. Zaczynam życie od nowa, palę za sobą mosty. Nie potrzebuję cholernych
złotówek. Dołożyłem zatem jeszcze pięć dyszek napiwku, wskutek czego uśmiech
numer pięć zamienił się w jeszcze szerszy i szczerszy uśmiech numer sześć.
Kierowca
grzecznie podziękował i błyskawicznie odjechał na pobliski postój. Kto wie,
może to będzie dla niego całkiem fajny dzień.
Chwilę
po wejściu do hali odlotów poczułem się okrutnie oszukany przez całe światowe
lotnictwo. Punkt odpraw był zupełnie pusty. Wiedziałem, że tak będzie. Kiedy w
końcu nauczę się, że przyjeżdżanie na lotnisko dwie godziny przed odlotem to
zwykłe frajerstwo?
Odprawa
trwała jakieś 20 sekund. No jasne. Wszyscy zwalą się tu za jakąś godzinkę.
Wtedy faktycznie będzie tłok. Tymczasem jednak prócz znudzonej pani z obsługi
nie było nikogo. Jeszcze przysypiałem idąc w stronę strefy pasażerskiej.
Obudził mnie dopiero brzęczek wykrywacza metali. Pana w szarym uniformie chyba
też, bo podniósł leniwie głowę i spojrzał na mnie wzrokiem typu: „weź lepiej
zdejmij ten pasek, zegarek, czy co tam jeszcze masz na sobie i nie zawracaj mi głowy.
A w ogóle to jesteś frajerem, że przylazłeś tu dwie godziny przed odlotem”.
Zastosowałem
się do jego niemych poleceń. Nic już więcej nie brzęczało.
W
końcu wtarabaniłem się do poczekalni przed moim gate’m. Z przyjemnością skonstatowałem,
że nie jestem największym naiwniakiem na świecie, bowiem w niemal zupełnie
pustym pomieszczeniu siedział już jakiś facet. Jeden, jedyny. Zajadał hambugera
i popijał go piwem. Piwo o piątej rano. Nieźle.
Usiadłem
w kącie, gdzie było odrobinę ciemniej. Kto wie, może uda się jeszcze chwilę
zdrzemnąć. Tymczasem jednak, nieco z nudów obserwowałem mojego frajerskiego
kompana. Wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat. Dość rzadkie siwe włosy zabawnie
kontrastowały z bujną – równie siwą – brodą. Pomyślałem sobie nawet, że facet
przypomina marynarz ze starych fotografii. No wiecie. Kapitan Titanika, czy coś
tam. Tak czy inaczej, gość nie wyglądał obecnie zbyt imponująco. Chyba był w
kiepskiej formie. Ciekawe, ile takich piwnych kubeczków ma już za sobą? A
zresztą, trochę zbyt nerwowo pochłaniał swojego hamburgera. Scary flyer jak nic.
Szlag by to, mogę się założyć, że usiądzie obok mnie. Oni zawsze siadają obok
mnie.
Sen
jakoś nie chciał nadejść. Wstałem więc jak niepyszny i postanowiłem zarzucić
coś pysznego na ruszt. Obskurny sklepik w kącie poczekalni wabił całkiem
przyjemnymi zapachami.
Ale
odstraszał cenami. Z nieco większym uznaniem spojrzałem na brodatego starca,
kiedy zrozumiałem, że za hamburgera i piwo zapłacił 12 euro. Oho –
obcokrajowiec. Wróciłem na miejsce.
Gdzieś
tak po godzinie poczekalnia zaczęła się wypełniać ludźmi. Deszcz tłukł w szyby
poczekalni, a scary flyer wsuwał już chyba z piąty zestaw. Zrobiło mi się go
trochę żal. Jeśli usiądzie obok mnie – a na bank usiądzie – spróbuję go jakoś
pocieszyć. Podnieść na duchu. A zresztą, może lepiej nie? Dysponuję chyba mało
przydatną w takich sytuacjach formą poczucia humoru. No i nie boję się latać.
Scary flyerzy nie cierpią takich, co nie boją się latać. A ja nie lubię scary
flyerów. Zwłaszcza po ostatniej akcji. Jakoś tak z rok temu wywołałem potężną
awanturę na pokładzie Ryanaira, która niemal zakończyła się awaryjnym
lądowaniem gdzieś na wyspach. Ale to nie moja wina, bo skąd mogłem wiedzieć, że
oglądanie Air Crash Investigations podczas lotu rejsowego do Dublina wzbudzi u
moich współtowarzyszy niedoli (bo inaczej się lotu Ryanairem nazwać nie da)
atak niekontrolowanej histerii? Uprzejmy – jak mi się zdawało – pan kapitan
osobiście przyszedł, żeby mi zarekwirować laptopa. Nie bardzo chciałem oddać,
bo zostały mi jeszcze dwa odcinki – akurat na dalszą część lotu. Powiedziałem
więc panu kapitanowi, żeby lepiej wrócił do kokpitu, bo w odcinku, który
właśnie oglądam, kiedy kapitan opuścił swoje miejsce pracy, to… No i wtedy pan
kapitan powiedział niesamowicie dużo brzydkich wyrazów i niemal siłą zabrał mi
komputer, co poskutkowało tym, że się na niego obraziłem. Cham.
Tym
razem więc postanowiłem nie oglądać Air Crash Investigations – zresztą i tak
znam już wszystkie odcinki na pamięć. Wszyscy scary flyerzy – cieszcie się póki
możecie. Nowe epizody ponoć właśnie wchodzą do emisji.
A
tymczasem poczekalnia – nie wiedzieć kiedy – wypełniła się pasażerami. O
komfortowym locie na trzech fotelach można było zapomnieć. Samolot będzie
wyładowany po brzegi. Albo bardziej, jeżeli Ryanair spełnił swoją obietnicę i
wprowadził po taniości stojące miejscówki
Tak czy
inaczej pasażerów było wielu. Zauważyłem nawet u nich pewną wspólną cechę.
Wszyscy jedli kanapki przywiezione z domu. To takie cudownie polskie. Mój scary
flyer musiał być nieźle skołowany. „Dlaczego nikt nie je tych wspaniałych hamburgerów”,
„Dlaczego nikt nie pije tego wspaniałego piwa”. „Ech ten wschód Europy. A może
mi coś dosypali?”.
Tłumek
zaczął wykazywać specyficzną formę zdyscyplinowania ustawiając się w
gigantyczną kolejkę. Mimo iż do planowanego odlotu pozostało jeszcze pół
godziny. Miejsca siedzące opustoszały, a matki z dziećmi, babcie z dziadkami,
kobiety z psami i mężczyźni z kotami wili się w eleganckim, poskręcanym dokoła
poczekalni wężyku. Ludzie jednak tęsknią za komuną. No i ta duma, kiedy uda się
jednemu z drugim wleźć do samolotu przed innymi. Będzie się można sąsiadom
pochwalić. Potem zaczną szukać kontaktów by podłączyć swoje grzałki do gotowania
wody. Ostatecznie herbatę w torebce można wnieść na pokład, no nie?
Wężyk
stał i stał. A potem ruszył. Zaczął się powoli przesuwać. Potem coraz szybciej.
Falował i falował. A ja siedziałem i siedziałem. Usiłowałem złapać jeszcze choć
odrobinę snu. Na pokładzie raczej mi się to nie uda. O miejscu przy oknie dawno
już zapomniałem. Jeśli będę miał trochę szczęścia, to może trafi mi się jakaś
czysta deska klozetowa z pasami bezpieczeństwa. Oczywiście prywatna kabina
płatna jest ekstra.
Kiedy
znudziło mi się już siedzenie na niebieskim, ale na pewno nie niebiańskim
plastikowym foteliku, podniosłem czwórkę, zebrałem ją w troki i ruszyłem do
wyjścia. A what the hell - pomyślałem sobie w ramach treningu językowego. Skoro
i tak tu nie wracam, to co się będę przejmował.
I
wtarabaniłem się bezczelnie przed jakąś potężną kobiecinę, która jeżeli nie
wykupiła na ten lot podwójnego biletu, to zrobię potężną awanturę. A jeśli
usiądzie koło mnie, to będę musiał przedzierzgnąć się w groźnego, uzbrojonego
terrorystę i wymordować całą załogę. Nieważne. Ale już oczami wyobraźni
widziałem mój rząd foteli. Ja, scary flyer i ta gruba baba. Pan wieczny
pesymista.
I
stała się rzecz dziwna. Znalazłem rząd, który był zupełnie pusty. Wszystkie
trzy siedzenia. Przy drzwiach awaryjnych wprawdzie, ale nieważne. Jest szansa,
że będę mógł na chwilę zamknąć oczy podczas tego lotu. Oczywiście, o ile nie
podbiję ich sobie wcześniej własnymi kolanami.
I
jak to często bywa, moje wygodnictwo sprowadziło istną klęskę. Bowiem – tak,
tak, oczywiście, że tak – miejsce obok mnie zajął mój ulubiony scary flyer. A
obok niego usiadło półtorej baby. Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił.
No
i zaczęło się. Ledwo elegancki Boeing 737-800 drgnął, Scarey wydał z siebie
pojedynczy, cichy jęk. Zaraz potem pojedynczy, cichy sap. To znaczy sapnięcie
chciałem powiedzieć. Kiedy maszyna rozpoczęła kołowanie w kierunku wysłużonego
pasa numer 29, mój sąsiad był już bledszy niż pokrywa silnika, którą widziałem
przez okienko. Naszła mnie myśl, że jeżeli zasłonię iluminator opuszczaną
zasłonką, to może trochę biedakowi ulży. Ale nie zrobiłem tego. Ostatecznie to
nie moja wina, że on boi się latać. A ja lubię oglądać ziemię z wysoka. Nie po
to zapłaciłem całe 15 Euro za bilet, żeby teraz prowokować do działania
klaustrofobię.
Stanęliśmy
na progu pasa. Zagrały dwa eleganckie silniki Pratt & Whitney na skrzydłach.
Przez chwilę samolot stał w miejscu, a następnie bardzo wolno ruszył do przodu.
Gdy pilot przestawił przepustnicę w pozycję full, silniki z opcji forte
przeszły na opcję fortissimo i samolot skoczył do przodu jak… jak… no, jak
samolot. Wiecie, o czym mówię. Wciskanie w fotel i te sprawy. W środku było
naprawdę głośno. Nie, nie. Nie chodzi o silniki. Po prostu Scarey wydawał z
siebie całą gamę jęków i stęków. Kojarzycie, jak czasem na filmach, w
sytuacjach awaryjnych, stewardessy każą wszystkim zaprzeć się rękami o fotele i
schować między nimi głowę? No, to mój sąsiad podróżował w takiej pozycji, od
momentu, kiedy w samolocie zapaliło się światło. Bardzo to dla niego niekorzystne.
Przegapił całą odprawę bezpieczeństwa. A jak rozbijemy się w Kanale La Manche?
Skąd ten biedak będzie wiedział, jak napełnić powietrzem swoją kamizelkę? A
sądząc po ilości pochłoniętych hamburgerów, bez kamizelki nie ma szans utrzymać
się na powierzchni wody. Pech.
Jednakowoż
samolot wystartował bez większych kłopotów, potwierdzając tezę, jakoby
statystycznie rzecz biorąc był najbezpieczniejszym środkiem transportu na
świecie. Zauważyłem tylko, że ten tchórz po lewej przewrócił oczami, kiedy jego
uszu dobiegł dźwięk podwozia składającego się dokładnie pod nami. Trochę mnie
to rozśmieszyło, ale mogę się teraz przyznać, że ten zabawny starzec z jakiegoś
dziwnego powodu budził moją sympatię.
-Samoloty
są najbezpieczniejszym środkiem transportu na świecie – rzuciłem z głupia
frant. – Dużo bezpieczniejszym, niż takie choćby statki.
Scarey
podniósł głowę i spojrzał na mnie wzrokiem, który mówił mniej więcej: „Czy cię
pojebało? Uważasz, że lot w zahermetyzowanej tubie, na wysokości 13 kilometrów
i z prędkością 900 km/h jest bezpieczniejszy, niż jakiś tam zwykły sztormik na
Morzu Północnym, jakieś tam – bagatela – dwanaście w skali Beauforta? Idź się
lecz!”.
Na
to nie miałem odpowiedzi i nie musiałem jej mieć, bo w tym momencie samolotem
wstrząsnęła pierwsza – przyznam, dość silna – turbulencja. Scarey natychmiast
powrócił do swojej dawnej pozycji, ale ja poczułem już flow.
-To
tylko turbulencja. No wie pan, nierówne powietrze. Jak pan jedzie samochodem po
dziurach, to też podskakuje. Nie ma się czego bać.
-Stary
tchórz – wyrwało się wielkiej babie.
-Proszę
tak nie mówić – zaoponowałem galanteryjnie – nie każdy musi być tak odważny jak
pani.
-Ja
się w ogóle nie boję latać – odrzekła z wielką dumą wielka kobieta. – Mogłabym
być stewardessą.
Tja.
Może w Jumbo Jecie. I to nie do końca zatankowanym.
-A
zresztą – nie dałem sobie odebrać mikrofonu – piloci to najbardziej
wykształcona grupa zawodowa na świecie. Pan wie, jakie cuda oni wyczyniają?
Paaanie kochany. Słyszał pan o Aloha Airlines?
Scarey
chyba nie słyszał. Nie byłem zresztą przekonany czy słyszał w ogóle cokolwiek –
z tymi uszami ukrytymi we własnych przedramionach.
-No
więc podczas lotu rozerwało im samolot. Wyrwało dach nad sześcioma rzędami
siedzeń. Samolot leciał z wielką dziurą.
-I
wszyscy zginęli – podsumowała zadowolona z siebie niedoszła – mam nadzieję –
stewardessa.
-Otóż
nie. Wszyscy przeżyli, bo kapitan i jego pierwszy oficer zachowali się
perfekcyjnie i bezpiecznie wylądowali tym starym trupem. A był to Boeing 737 –
prawie taki sam jak ten.
Mój
biedny sąsiad drgnął i miałem wrażenie, że zemdleje.
-Piloci
mieli jaja – rzekła gruba.
-Jeden,
– poprawiłem ją – bo drugim była kobieta.
-Ha!
Kobiety górą. Ja tez mogłabym być pilotką.
Jezus
Maria.
-Tak
czy inaczej, mimo iż samolot rozpadł się, bo przerdzewiały nity i na poszyciu
zrobiła się rysa, nikt nie zginął. No, prawie nikt, bo jedną stewardessę
wyssało.
-E
tam – gruba postanowiła na stałe włączyć się do naszej męskiej dyskusji. W
sumie, z jej wąsikiem nawet się do tego nadawała. – Ale na Kabatach wszyscy
zginęli. Tysiąc osób i Anna Maria Jopek. Odpadły mu skrzydła z silnikami i się
rozbił o drzewa.
-Nie
tysiąc, tylko niecałe dwieście. Anna Jantar – wykonałem piękny akcent werbalny
- zginęła siedem lat wcześniej w innej katastrofie. Żadne skrzydła nie odpadły.
A zresztą, ten samolot nie miał silników na skrzydłach.
-A
niby gdzie? – Wrzasnęła oburzona grubaska – w bagażniku?
Ten
żart jej się udał. Przynajmniej w jej własnym przekonaniu, bo ryknęła tubalnym
śmiechem. Czy dobrze mi się zdawało, że szyby zadrżały? Tak czy inaczej
postanowiłem wykorzystać sytuację.
-A o Air China pan słyszał? Tam to
dopiero była heca. Piloci przypadkowo wyłączyli autopilota. I samolot – a był
od tego ze trzy razy większy – wpadł w korkociąg i zaczął spadać. Kurde z
wysokości 13 kilometrów…
-Szanowni
państwo – przerwał mi głośnik – jako kapitanowi miło mi powitać państwa na
naszym pokładzie. Informuję, iż lecimy na wysokości trzynastu kilometrów nad
ziemią i…
Scarey
skurczył się jeszcze bardziej. Gruba wciąż jeszcze się śmiała. Musiałem
działać, żeby mi biedak nie zszedł na zawał, bo to by fatalnie wpłynęło na
statystykę bezpieczeństwa lotów.
-No
więc spadali – wydzierałem się przekrzykując głośnik i czynione przez kapitana
propozycje zakupu loterii Ryanair. – A
sztuczny horyzont zupełnie zwariował. Wszystko to działo się w chmurach i
piloci nie mieli żadnego punktu odniesienia. Ale jak tylko wypadli z
cumulonimbusa – bez kitu, naprawdę tak powiedziałem – na wysokości zaledwie 300
metrów, i jak tylko zobaczyli wodę, to srututu, wyrównali i polecieli dalej.
-Kitujesz
– powiedziała największa znawczyni katastrof lotniczych. Właściwie to sama była
jedną z nich. – To jest niemożliwe i koniec. Samolot by spadł i wszyscy spłonęliby
żywcem.
-To
było nad oceanem. Mówiłem przecież.
-I
co. W wodzie benzyna też się pali.
-Samoloty
nie latają na benzynę, tylko…
-Tylko
na gaz. No dobra. Wszystko jedno.
-Na
kerozynę.
-Na
co?
-Nieważne.
Nie przeszkadzaj, usiłuję pomóc temu biedakowi.
-Ta
jasne. Jakieś katastrofy mu opowiadasz.
-Udowadniam
jedynie, że piloci to świetni fachowcy i…
-Akurat.
A słyszałeś o tym arabusie, co się wnerwił że chcą go wywalić z roboty i celowo
rozwalił samolot?
No
nie. To już oznaczało wojnę. To ja tu się staram pocieszyć człowieka, a ta mi
jawną dywersję prowadzi.
-A
Gimli Glider? – zapytałem tonem „ja-wiem-wszystko-o-światowym-lotnictwie”. –
Słyszeliście o szybowcu z Gimli?
Gruba
nie słyszała. Podejrzewam, że nie wiedziała również, co to w ogóle jest
szybowiec.
-No
więc w Boeingu 767, takim dużym, z szeroką kabiną, zabrakło paliwa, bo został
źle zatankowany…
-Pierdzielisz.
-…i
nagle, w trakcie lotu wyłączyły się oba silniki. Samolot zaczął szybować.
Wyłączyły się wszystkie systemy. Piloci szybko obliczyli, jak daleko są w
stanie dolecieć. Wyszło im, że jedno lotnisko jest za daleko, a drugie za
blisko. Ale nie mieli wyjścia. Musieli lądować na tym bliższym. W miejscowości
Gimli. Byli za wysoko i lecieli za szybko, ale pilot wprowadził samolot w lot
ślizgowy i udało mu się wylądować. Złożyło mu się przednie podwozie i dzięki
temu udało się zatrzymać. A najlepsze jest, że to małe lotnisko nie było już
lotniskiem, tylko zamieniono je na pas do wyścigów na ćwierć mili. I tego dnia
– w weekend – siedziała na nim masa ludzie wpieprzających barbecue.
-Cholerni
Amerykanie.
-To
było w Kanadzie.
-Jeden
pies. I nikt nie zginął? Nawet jedna osoba?
-Nikt
nie zginął.
-Też
mi katastrofa. Nuda jakaś.
-Przepraszam
bardzo – nad moją głową rozebrzmiał przyjemny, acz stanowczy głos pięknego
stewarda. Pedał, jak nic. – Straszy nam pan pasażerów, swoimi opowieściami.
-Ale
ja przecież… Ja o heroizmie. O profesjonalizmie…
-Pan
kapitan prosi, by pan do niego przyszedł.
A
niech to szlag.
Minięcie
scary flyera było dość trudne, ale i tak banalnie proste w porównaniu z
minięciem grubej pseudostewardessy. Kiedy mi się usunęła odniosłem wrażenie, że
samolot odrobinę przechylił się na lewe skrzydło.
Steward
o odmiennej orientacji zaprowadził mnie na dziób samolotu. Zapukał do drzwi
kabiny pilotów. Drzwi otworzyły się. Wszedłem.
-I
co ja z panem mam – powitał mnie nieprzyjemnie znajomy głos. – Co razem lecimy,
to skargi. Pan chyba nie dojrzał do cywilizowanego podróżowania.
-A
wie pan – odpowiedziałem mu – jak ostatnio zabrał mi pan komputer, to zginęło
mi z twardego dysku dziesięć giga pornoli. Czy mógłby mi je pan zwrócić?
Perfidny
uśmieszek zniknął z ust kapitana. Pojawił się natomiast na ustach drugiego
pilota. Skrycie, rzecz jasna.
-Powoduje
pan permanentne zagrożenie w ruchu lotniczym.
-Raczej
nie większe, niż kapitan walący konia przy filmach dla dorosłych. Niech pan
przyzna, robi pan to podczas lotów? Ej kolego – zwróciłem się do drugiego
pilota – czy kapitan często wychodzi do łazienki?
-Proszę
nie rozpraszać mojego pierwszego oficera! – wrzasnął kapitan. Za sekundę
podniósł się ze swojego miejsca i stanął ze mną oko w oko.
-Wybiera
się pan do łazienki, kapitanie? Może zawołać panu stewarda do towarzystwa?
-Nie.
Wybieram się, żeby spuścić panu wpierdol.
-Doprawdy
kapitanie. Kto będzie prowadził brykę, kiedy panu połamię nos? Powinien pan być
nieco bardziej odpowiedzialny.
Kapitan
zbladł. Potem zrobił się czerwony. I znów zbladł.
-Niezły
z ciebie cwaniak – kapitan przełamał w końcu barierę i przeszedł na „ty”. Od
razu poczułem się z nim bliżej związany.
-Się
wie – rzekłem. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami.
-A
czy wiesz – zapytałem, ot tak sobie, stanowczo od niechcenia – że autopilot
jest wyłączony?
-Co?
-Autopilot jest
wyłączony.
-Kapitanie – zawołał
pierwszy oficer. Mój przeciwnik rzucił się do swego fotela.
-Dlaczego nie
trzymasz sterów, kiedy opuszczam stanowisko? – wrzasnął na drugiego.
-No bo przecież włączył
pan autopilota.
-Dlaczego nie
monitorujesz przyrządów?
-A dlaczego ty
walisz łapami w co popadnie i wyłączasz autopilota rzucając się do bójki z
pasażerem – wydarł się wyraźnie podenerwowany – a nie, przepraszam, to złe
słowo, no więc - wydarł się wyraźnie wkurwiony pierwszy oficer. Pięć punktów na
mojej prywatnej skali fajności. Już gościa lubię.
-No… Przepraszam
Tom. Okej. Mój błąd – zreflektował się pryncypał, korygując ułożenie sterów.
Samolot zaczął się wznosić, więc na wszelki wypadek usiadłem na jumpsicie i
przypiąłem się pasami.
-No nie. Taka
menda mi leci na jumpsicie – wyraźnie zbulwersował się kapitan.
-Ryanair 007,
dlaczego obniżyliście pułap o tysiąc stóp? – zabrzmiało w radiu.
-Eee – zająknął
się dowódca – mieliśmy małą awarię. Ste… Stery nam wysiadły.
-Czy zgłaszacie
sytuację awaryjną?
-Nie, nie. Nasz
mechanik pokładowy już to naprawił.
-Ale wy nie macie
mechanika pokładowego – zdziwił się kontroler obszaru Szerlock Holmes.
-Ja trochę majsterkuję
– odparł drugi pilot. Zapiszę mu za to kolejny punkcik. Tom ma już ich u mnie
6.
-No dobra –
kontroler-szyderca nie chciał odpuścić – ale nie róbcie tego więcej. Mogliście
się zderzyć z tym A380, co leci od wschodu, 1100 stóp poniżej waszego poziomu
lotu.
-Ściemnia –
rzekłem bez cienia emocji. - W tym obszarze nic nie lata od wschodu.
-Hej, kto tam gada
w kokpicie?
-To nasz „plus
jeden” – poinformował Tom.
-To niech się
lepiej zamknie, jasne? - No. To wznieście się łaskawie na flight level 350 i
nie zawracać mi dupy więcej. Bez odbioru.
-Flight level 350.
Nie zawracać dupy – zgodnie z przepisami Tom powtórzył instrukcje.
Praca w kontroli
lotów to niezły czad. Nie ma co.
W kokpicie
zapanowała chwilowa cisza.
-To jak właściwie
się nazywasz? – zapytał mnie Tom.
-E. Duch.
-O kurwa. Już się
boję – rzekł nieco pojednawczo kapitan.
-Ja jestem Tom. A
kapitan to Myron.
-Myron?
-Morda w kubeł!
-Niech się pan nie
unosi, kapitanie Myron.
-Kurwa, a mogłem
pracować na kolei. Siedziałbym sobie w lokomotywie, co najmniej dwadzieścia
metrów żelaza od najbliższego idioty.
-Ej Tom, powiedz
mi, czy nasz pan kapitan nie ma dziś okresu? Nie jest chyba w humorze. A może
pan przypadkiem skasował moje filmy. Spoko, można coś kupić na e-buy’u.
Kapitan nic nie
odpowiedział, z czego wywnioskowałem, że już mu wystarczy. Szkoda, jeszcze bym
się nad nim poznęcał.
-Zawsze marzyłem,
by lecieć na jumpsicie – rzekłem trochę bardziej do Toma. – Ale wiadomo.
Kapitan musi być tak miły, by na to zezwolić.
-Prędzej się zesrasz
niż ci pozwolę. – kapitan był nieco nie na bieżąco chyba.
-Oh. Ach. Ranisz
moje uczucia. Myron. Wspiąłeś się już na 350? Bo ten A380…
-Będą niezłe jaja
– zaśmiał się Tom – jeśli się rozbijemy i ktoś będzie odsłuchiwał nagranie z CVR.
Rodzina dwustu ofiar śmiertelnych płacze w pomieszczeniu zbiorczym, a obok
śledczy umierają ze śmiechu odsłuchując taśmy.
-Ej Myron. Może
przygotuj sobie jakąś fajną kwestię na tę okoliczność.
-Pierdol się.
-Fajne. Lotne.
Może zagrać.
I tak sobie
lecieliśmy w miłym towarzystwie. Jeśli o mnie chodzi – stanowczo wolałem Kapitana
Myrona, niż Scarey’a i grubą przyszłą pilotkę. I w głębi serca wierzyłem, że
Myron też wolałby mnie niż nich. Z dwojga złego. Trojga raczej. Nie wiem dlaczego,
ale właściwie byłem tego pewien.
Minęliśmy Kanał La
Manche, potem lecieliśmy chwilę nad Anglią. Potem znowu woda. I w końcu w
oddali zamajaczyły zielone wybrzeża Irlandii. Pięknie wyglądały z tej
perspektywy. Nigdy tego nie zapomnę.
Myron podniósł
mikrofon.
-Szanowni państwo
– ależ ten Myron był uprzejmy. Czaruś. – Bardzo proszę o powrót na swoje
miejsca i zapięcie pasów. Rozpoczynamy zniżanie do lądowania w Dublinie.
Będziemy na miejscu za dziesięć minut. Na zewnątrz panuje przyjemna temperatura,
dwadzieścia stopni Celsjusza. Lekki deszczyk przynosi orzeźwienie. Dziękujemy,
że wybraliście państwo linie Ryanair.
-Dlaczego on się
tak szybko żegna z pasażerami? Boi się, że nie trafi w pas i nie będzie już
miał okazji.
-Morda w kubeł –
Myronowi skończyły się teksty, więc zaczął się powtarzać. Zastanawiałem się,
czy zdążył na czas wyłączyć mikrofon. – Ja zawsze trafiam w pas.
-Och, dzięki Bogu,
Myron.
Podejście było
dość trudne. Zapowiadany przez kapitana deszczyk okazał się nieprzyjemną ulewą.
Samolotem trzęsło jak diabli. Scarey musiał się mieć z pyszna. Na szczęście
podstawa chmur była dość wysoko i mieliśmy, o pardon, załoga miała doskonałą
widoczność. Muszę przyznać, że Myron jest doskonałym pilotem. Prowadził maszynę
bardzo pewnie. A że raz mu się tam autopilot kiedyś wyłączył? E, tam. Zdarza
się najlepszym. Tak czy inaczej teraz schodziliśmy elegancko, a kapitan co
chwila wydawał skomplikowane polecenia typu: :”klapy – ileś tam”, „spoilery –
ileś tam”, „podwozie w dół” i tym podobne.
I nagle stało się
coś dziwnego. Zrobiło się dziwnie ciemno. W jednej chwili pas się przed nami
rozmył. Ulewa przybrała na sile. Wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody. Myron
i Tom byli opanowani i nic nie było w stanie zmącić ich spokoju. Podchodzili na
pełnym luzie.
„One hundret”
ozwał się automat. „Ninety”, „Eighty”…
-Myron – szepnął
Tom.
„Seventy”
-Myron.
„Sixty”.
-Myron!
-Czego?
„Fivety”.
-Myron, czy mi się
zdaje, czy mamy traffic na pasie.
„Fourty”.
-O kurwa -
wrzasnął Myron i błyskawicznym ruchem zwiększył ciąg silników. Samolot skoczył
w górę –Zdejmij mi spojlery. Klapy na startową. Chowaj podwozie.
-Ryanair 007, go
around. Go around! – wykrzyknął w tym samym momencie kontroler z wieży.
-Zajebie go! –
parsknął wściekły kapitan.
-Co to było? Coś
stało na pasie.
-Ten idiota wydał
clearance na zajęty pas. Niech go dorwę w swoje łapy!
Myron wcisnął
przycisk radia.
-Wieża! Śpicie tam
do cholery?
-Sorry – odezwała
się wieża. – Błąd w komunikacji.
-Z dupy ci zrobię
błąd w komunikacji.
-Spokojnie
kapitanie.
-Debile! Mogliście
nas zabić, a teraz „spokojnie kapitanie”? Amatorzy!
-A chce pan sobie
karnie wrócić do Warszawy? – zapytał niewzruszony kontroler. Muszę zapamiętać
te technikę. Myron wściekle przełknął ślinę.
-Poproszę o nowy
wektor na pas. – rzekł przez zęby.
-Spoko. Ale
wypadliście z kolejki. Musicie poczekać na holdingu. Tymczasem wznieście się na
1500 stóp, kurs… hmm bo ja wiem? Co by wam tu dać? O. Niech będzie 090 i
zawrócicie nad zewnętrznym markerem. Miłego dnia.
W tym samym czasie
z kabiny pasażerskiej dał się słyszeć głośny krzyk.
-Co tam się kurrrrrrrrrrrrrrrrrwa
dzieje? – wrzasnął Myron, w którego
oczach widziałem rządzę mordu.
-A to pewnie
Scarey.
-Kto?
-Scary flyer. Taki,
co się boi latać. Siedział obok mnie.
-Jak się nie
zamknie, to osobiście go uduszę po wylądowaniu.
-No wiesz Myron?
Trochę empatii. Naprawdę.
Odpiąłem pasy.
-Gdzie leziesz?
-Będziesz tęsknił?
Idę uspokoić Scarey’a, bo twój steward – pedał sobie nie radzi.
-Pierre nie jest
pedałem. On jest bi, ty ćwoku.
-Och, ta liberalna
Europa.
Otworzyłem drzwi
do przedziału pasażerskiego i zobaczyłem Pierra mocującego się z moim byłym i
przyszłym sąsiadem. Mam wrażenie, że ta świnia wykorzystywała sytuację i
klepała przestraszonego biedaka po tyłku. Ale może mi się zdaje. Podszedłem do
nich i pomogłem Scareyowi wstać. O dziwo – trochę się uspokoił na mój widok.
Wróciliśmy razem na nasze miejsca. Grubej nigdzie nie było. Podejrzewam, że
wyskoczyła ze spadochronem i to ją właśnie widzieliśmy na pasie tuż przed
lądowaniem. Choć wcześniej byłem niemal pewien, że był to któryś z Airbusów.
Drugie podejście
było już udane. Myron posadził maszynę mięciutko. Silnik zagrały nieco
fałszywie, kiedy załączył się przeciwciąg. Samolot zwolnił. Po chwili tempem
spacerowym stoczył się z pasa na drogę kołowania. Niedługo później stanął pod
terminalem. W międzyczasie odnalazła się gruba, która – jak się okazało –
wyszła do kibla. Podczas lądowania – dacie wiarę? To cud, że nie doprowadziła
do gwałtownego przechyłu. Myron jest jednak świetnym fachurą.
Scarey odzyskał
wigor, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Wyjąłem swoje bety z
bagażnika nad głową i błyskawicznie skoczyłem w kierunku wyjścia. No,
„błyskawicznie” to może trochę przesada, ale chciałem to uczynić jak
najszybciej. Wiadomo. Nadciągał PRL.
Kiedy byłem już
niemal przy samym kokpicie, jego drzwi otworzyły się. Zajrzałem do środka.
-Dzięki za fajną
podróż chłopaki – uścisnąłem rękę Toma. Potem podałem dłoń Myronowi. – I dzięki
za pozwolenie na lot na jumpsicie, kapitanie.
-Spierdalaj! – Pożegnał
się Myron, ale dłoń mi uścisnął.
Pierre wyczuł
klimat i też chciał mnie pożegnać. Ciepło.
-O patrz Pierre.
Samolot.
Odwrócił się.
Zboczenie zawodowe. A ja byłem już na schodkach witając przyjemny irlandzki
deszcz. Biegłem przeskakując po dwa stopnie na raz. Zanim schowałem się przed
nieprzyjazną aurą w terminalu, spojrzałem jeszcze raz w stronę samolotu. Myron
i Tom sprawdzali jeszcze checkistę.
Profesjonaliści w każdym calu.
Całe lotnisko
przebyłem niemal sprintem. Zatrzymałem się tylko przy punkcie celnym. Latanie
bez bagażu jest bardzo wygodne. Właściwie można powiedzieć, że trwa ono o pół
godziny krócej. Tyle mniej więcej zaoszczędziłem dzięki temu, że nie musiałem
się przepychać po swój bagaż. Pięknie.
Gdy tylko
wybiegłem ze strefy zamkniętej, wpadłem na Rafała. Czekał już na mnie.
Uściskaliśmy się serdecznie.
-O kurna, co to za
broda – zapytałem. Rafał wyglądał trochę jak szkocki yeti.
-Witaj na wyspach.
Tu każdy ma taką. – rzekł z szerokim uśmiechem mój druh. Ale chyba ściemniał. W
całej poczekalni nikt nie mógł się pochwalić takim zarostem.
Chciało mi się
palić, więc wyszliśmy na zewnątrz. Potem postanowiliśmy jeszcze napić się
lotniskowej kawy. Obrzydliwej. Podobnie niesmacznej jak brytyjskie śniadanie,
składające się z kiełbasek, jajka sadzonego, boczku i fasolki. Wspomniałem o
tostach? No to jeszcze tosty.
W końcu, najedzeni
udaliśmy się w kierunku lotniskowego parkingu. Przywitałem się ze srebrną Hanią
Accord.
-Zapomnij, że dam
ci poprowadzić – rzucił krótko Rafał.
-Wcale nie chce.
Padam na twarz.
-Tak? To dlaczego
szarpiesz klamkę od drzwi kierowcy? – Rafał wyszczerzył zęby, przez co jeszcze
bardziej upodobnił się do człowieka z gór. Cholerny ruch lewostronny. Zrobiłem
głupia minę i przeszedłem na właściwą stronę samochodu. Centralny zamek
zapikał. Chwyciłem za klamkę i wrzuciłem torbę na tylne siedzenie. Już chciałem
wsiąść do środka, gdy nagle tuż obok nas, z piskiem opon zatrzymała się wielka
Toyota Land Cruiser. Szyba odsunęła się. Wewnątrz terenówki ujrzałem szeroko
uśmiechniętą gębę Scarey’a.
-Jestem Aiden. –
Jego głos był niski i chropowaty. Zdałem sobie sprawę, że były to jego pierwsze
słowa skierowane do mnie. – Aiden McFlyer. (Taa, flyer, kurwa)
-A ja, eee, Duch.
Aiden McFlyer uśmiechnął się, po czym depnął pedał gazu, a jego
Toyota z wyciem potężnego silnika skoczyła do przodu.
Srebrna Hania pod
wprawną ręką Rafała wytoczyła się z parkingowego budynku. Irlandia powitała
mnie kleksem rozlanym na niebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz