piątek, 13 stycznia 2012

Rozdział 1


         Świtało. Niezwykle uprzejmy pan taksówkarz zaciągnął ręczny hamulec i wyskoczył na zewnątrz, by wyciągnąć z bagażnika moją torbę. Na jego ustach malował się szczery uśmiech numer pięć. Przyznać trzeba, że kierowca był bardzo pomocny. I nic dziwnego, zważywszy ile mu za ten - nie tak znowu długi - kurs zapłaciłem. A niech mu tam. Zaczynam życie od nowa, palę za sobą mosty. Nie potrzebuję cholernych złotówek. Dołożyłem zatem jeszcze pięć dyszek napiwku, wskutek czego uśmiech numer pięć zamienił się w jeszcze szerszy i szczerszy uśmiech numer sześć.
         Kierowca grzecznie podziękował i błyskawicznie odjechał na pobliski postój. Kto wie, może to będzie dla niego całkiem fajny dzień.
         Chwilę po wejściu do hali odlotów poczułem się okrutnie oszukany przez całe światowe lotnictwo. Punkt odpraw był zupełnie pusty. Wiedziałem, że tak będzie. Kiedy w końcu nauczę się, że przyjeżdżanie na lotnisko dwie godziny przed odlotem to zwykłe frajerstwo?
         Odprawa trwała jakieś 20 sekund. No jasne. Wszyscy zwalą się tu za jakąś godzinkę. Wtedy faktycznie będzie tłok. Tymczasem jednak prócz znudzonej pani z obsługi nie było nikogo. Jeszcze przysypiałem idąc w stronę strefy pasażerskiej. Obudził mnie dopiero brzęczek wykrywacza metali. Pana w szarym uniformie chyba też, bo podniósł leniwie głowę i spojrzał na mnie wzrokiem typu: „weź lepiej zdejmij ten pasek, zegarek, czy co tam jeszcze masz na sobie i nie zawracaj mi głowy. A w ogóle to jesteś frajerem, że przylazłeś tu dwie godziny przed odlotem”.
         Zastosowałem się do jego niemych poleceń. Nic już więcej nie brzęczało.
         W końcu wtarabaniłem się do poczekalni przed moim gate’m. Z przyjemnością skonstatowałem, że nie jestem największym naiwniakiem na świecie, bowiem w niemal zupełnie pustym pomieszczeniu siedział już jakiś facet. Jeden, jedyny. Zajadał hambugera i popijał go piwem. Piwo o piątej rano. Nieźle.
         Usiadłem w kącie, gdzie było odrobinę ciemniej. Kto wie, może uda się jeszcze chwilę zdrzemnąć. Tymczasem jednak, nieco z nudów obserwowałem mojego frajerskiego kompana. Wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat. Dość rzadkie siwe włosy zabawnie kontrastowały z bujną – równie siwą – brodą. Pomyślałem sobie nawet, że facet przypomina marynarz ze starych fotografii. No wiecie. Kapitan Titanika, czy coś tam. Tak czy inaczej, gość nie wyglądał obecnie zbyt imponująco. Chyba był w kiepskiej formie. Ciekawe, ile takich piwnych kubeczków ma już za sobą? A zresztą, trochę zbyt nerwowo pochłaniał swojego hamburgera. Scary flyer jak nic. Szlag by to, mogę się założyć, że usiądzie obok mnie. Oni zawsze siadają obok mnie.
         Sen jakoś nie chciał nadejść. Wstałem więc jak niepyszny i postanowiłem zarzucić coś pysznego na ruszt. Obskurny sklepik w kącie poczekalni wabił całkiem przyjemnymi zapachami.
         Ale odstraszał cenami. Z nieco większym uznaniem spojrzałem na brodatego starca, kiedy zrozumiałem, że za hamburgera i piwo zapłacił 12 euro. Oho – obcokrajowiec. Wróciłem na miejsce.
Gdzieś tak po godzinie poczekalnia zaczęła się wypełniać ludźmi. Deszcz tłukł w szyby poczekalni, a scary flyer wsuwał już chyba z piąty zestaw. Zrobiło mi się go trochę żal. Jeśli usiądzie obok mnie – a na bank usiądzie – spróbuję go jakoś pocieszyć. Podnieść na duchu. A zresztą, może lepiej nie? Dysponuję chyba mało przydatną w takich sytuacjach formą poczucia humoru. No i nie boję się latać. Scary flyerzy nie cierpią takich, co nie boją się latać. A ja nie lubię scary flyerów. Zwłaszcza po ostatniej akcji. Jakoś tak z rok temu wywołałem potężną awanturę na pokładzie Ryanaira, która niemal zakończyła się awaryjnym lądowaniem gdzieś na wyspach. Ale to nie moja wina, bo skąd mogłem wiedzieć, że oglądanie Air Crash Investigations podczas lotu rejsowego do Dublina wzbudzi u moich współtowarzyszy niedoli (bo inaczej się lotu Ryanairem nazwać nie da) atak niekontrolowanej histerii? Uprzejmy – jak mi się zdawało – pan kapitan osobiście przyszedł, żeby mi zarekwirować laptopa. Nie bardzo chciałem oddać, bo zostały mi jeszcze dwa odcinki – akurat na dalszą część lotu. Powiedziałem więc panu kapitanowi, żeby lepiej wrócił do kokpitu, bo w odcinku, który właśnie oglądam, kiedy kapitan opuścił swoje miejsce pracy, to… No i wtedy pan kapitan powiedział niesamowicie dużo brzydkich wyrazów i niemal siłą zabrał mi komputer, co poskutkowało tym, że się na niego obraziłem. Cham.
         Tym razem więc postanowiłem nie oglądać Air Crash Investigations – zresztą i tak znam już wszystkie odcinki na pamięć. Wszyscy scary flyerzy – cieszcie się póki możecie. Nowe epizody ponoć właśnie wchodzą do emisji.
         A tymczasem poczekalnia – nie wiedzieć kiedy – wypełniła się pasażerami. O komfortowym locie na trzech fotelach można było zapomnieć. Samolot będzie wyładowany po brzegi. Albo bardziej, jeżeli Ryanair spełnił swoją obietnicę i wprowadził po taniości stojące miejscówki
Tak czy inaczej pasażerów było wielu. Zauważyłem nawet u nich pewną wspólną cechę. Wszyscy jedli kanapki przywiezione z domu. To takie cudownie polskie. Mój scary flyer musiał być nieźle skołowany. „Dlaczego nikt nie je tych wspaniałych hamburgerów”, „Dlaczego nikt nie pije tego wspaniałego piwa”. „Ech ten wschód Europy. A może mi coś dosypali?”.
         Tłumek zaczął wykazywać specyficzną formę zdyscyplinowania ustawiając się w gigantyczną kolejkę. Mimo iż do planowanego odlotu pozostało jeszcze pół godziny. Miejsca siedzące opustoszały, a matki z dziećmi, babcie z dziadkami, kobiety z psami i mężczyźni z kotami wili się w eleganckim, poskręcanym dokoła poczekalni wężyku. Ludzie jednak tęsknią za komuną. No i ta duma, kiedy uda się jednemu z drugim wleźć do samolotu przed innymi. Będzie się można sąsiadom pochwalić. Potem zaczną szukać kontaktów by podłączyć swoje grzałki do gotowania wody. Ostatecznie herbatę w torebce można wnieść na pokład, no nie?
         Wężyk stał i stał. A potem ruszył. Zaczął się powoli przesuwać. Potem coraz szybciej. Falował i falował. A ja siedziałem i siedziałem. Usiłowałem złapać jeszcze choć odrobinę snu. Na pokładzie raczej mi się to nie uda. O miejscu przy oknie dawno już zapomniałem. Jeśli będę miał trochę szczęścia, to może trafi mi się jakaś czysta deska klozetowa z pasami bezpieczeństwa. Oczywiście prywatna kabina płatna jest ekstra.
         Kiedy znudziło mi się już siedzenie na niebieskim, ale na pewno nie niebiańskim plastikowym foteliku, podniosłem czwórkę, zebrałem ją w troki i ruszyłem do wyjścia. A what the hell - pomyślałem sobie w ramach treningu językowego. Skoro i tak tu nie wracam, to co się będę przejmował.
         I wtarabaniłem się bezczelnie przed jakąś potężną kobiecinę, która jeżeli nie wykupiła na ten lot podwójnego biletu, to zrobię potężną awanturę. A jeśli usiądzie koło mnie, to będę musiał przedzierzgnąć się w groźnego, uzbrojonego terrorystę i wymordować całą załogę. Nieważne. Ale już oczami wyobraźni widziałem mój rząd foteli. Ja, scary flyer i ta gruba baba. Pan wieczny pesymista.
         I stała się rzecz dziwna. Znalazłem rząd, który był zupełnie pusty. Wszystkie trzy siedzenia. Przy drzwiach awaryjnych wprawdzie, ale nieważne. Jest szansa, że będę mógł na chwilę zamknąć oczy podczas tego lotu. Oczywiście, o ile nie podbiję ich sobie wcześniej własnymi kolanami.
         I jak to często bywa, moje wygodnictwo sprowadziło istną klęskę. Bowiem – tak, tak, oczywiście, że tak – miejsce obok mnie zajął mój ulubiony scary flyer. A obok niego usiadło półtorej baby. Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił.
         No i zaczęło się. Ledwo elegancki Boeing 737-800 drgnął, Scarey wydał z siebie pojedynczy, cichy jęk. Zaraz potem pojedynczy, cichy sap. To znaczy sapnięcie chciałem powiedzieć. Kiedy maszyna rozpoczęła kołowanie w kierunku wysłużonego pasa numer 29, mój sąsiad był już bledszy niż pokrywa silnika, którą widziałem przez okienko. Naszła mnie myśl, że jeżeli zasłonię iluminator opuszczaną zasłonką, to może trochę biedakowi ulży. Ale nie zrobiłem tego. Ostatecznie to nie moja wina, że on boi się latać. A ja lubię oglądać ziemię z wysoka. Nie po to zapłaciłem całe 15 Euro za bilet, żeby teraz prowokować do działania klaustrofobię.
         Stanęliśmy na progu pasa. Zagrały dwa eleganckie silniki Pratt & Whitney na skrzydłach. Przez chwilę samolot stał w miejscu, a następnie bardzo wolno ruszył do przodu. Gdy pilot przestawił przepustnicę w pozycję full, silniki z opcji forte przeszły na opcję fortissimo i samolot skoczył do przodu jak… jak… no, jak samolot. Wiecie, o czym mówię. Wciskanie w fotel i te sprawy. W środku było naprawdę głośno. Nie, nie. Nie chodzi o silniki. Po prostu Scarey wydawał z siebie całą gamę jęków i stęków. Kojarzycie, jak czasem na filmach, w sytuacjach awaryjnych, stewardessy każą wszystkim zaprzeć się rękami o fotele i schować między nimi głowę? No, to mój sąsiad podróżował w takiej pozycji, od momentu, kiedy w samolocie zapaliło się światło. Bardzo to dla niego niekorzystne. Przegapił całą odprawę bezpieczeństwa. A jak rozbijemy się w Kanale La Manche? Skąd ten biedak będzie wiedział, jak napełnić powietrzem swoją kamizelkę? A sądząc po ilości pochłoniętych hamburgerów, bez kamizelki nie ma szans utrzymać się na powierzchni wody. Pech.
         Jednakowoż samolot wystartował bez większych kłopotów, potwierdzając tezę, jakoby statystycznie rzecz biorąc był najbezpieczniejszym środkiem transportu na świecie. Zauważyłem tylko, że ten tchórz po lewej przewrócił oczami, kiedy jego uszu dobiegł dźwięk podwozia składającego się dokładnie pod nami. Trochę mnie to rozśmieszyło, ale mogę się teraz przyznać, że ten zabawny starzec z jakiegoś dziwnego powodu budził moją sympatię.
         -Samoloty są najbezpieczniejszym środkiem transportu na świecie – rzuciłem z głupia frant. – Dużo bezpieczniejszym, niż takie choćby statki.
         Scarey podniósł głowę i spojrzał na mnie wzrokiem, który mówił mniej więcej: „Czy cię pojebało? Uważasz, że lot w zahermetyzowanej tubie, na wysokości 13 kilometrów i z prędkością 900 km/h jest bezpieczniejszy, niż jakiś tam zwykły sztormik na Morzu Północnym, jakieś tam – bagatela – dwanaście w skali Beauforta? Idź się lecz!”.
         Na to nie miałem odpowiedzi i nie musiałem jej mieć, bo w tym momencie samolotem wstrząsnęła pierwsza – przyznam, dość silna – turbulencja. Scarey natychmiast powrócił do swojej dawnej pozycji, ale ja poczułem już flow.
         -To tylko turbulencja. No wie pan, nierówne powietrze. Jak pan jedzie samochodem po dziurach, to też podskakuje. Nie ma się czego bać.
         -Stary tchórz – wyrwało się wielkiej babie.
         -Proszę tak nie mówić – zaoponowałem galanteryjnie – nie każdy musi być tak odważny jak pani.
         -Ja się w ogóle nie boję latać – odrzekła z wielką dumą wielka kobieta. – Mogłabym być stewardessą.
         Tja. Może w Jumbo Jecie. I to nie do końca zatankowanym.
-A zresztą – nie dałem sobie odebrać mikrofonu – piloci to najbardziej wykształcona grupa zawodowa na świecie. Pan wie, jakie cuda oni wyczyniają? Paaanie kochany. Słyszał pan o Aloha Airlines?
         Scarey chyba nie słyszał. Nie byłem zresztą przekonany czy słyszał w ogóle cokolwiek – z tymi uszami ukrytymi we własnych przedramionach.
         -No więc podczas lotu rozerwało im samolot. Wyrwało dach nad sześcioma rzędami siedzeń. Samolot leciał z wielką dziurą.
         -I wszyscy zginęli – podsumowała zadowolona z siebie niedoszła – mam nadzieję – stewardessa.
         -Otóż nie. Wszyscy przeżyli, bo kapitan i jego pierwszy oficer zachowali się perfekcyjnie i bezpiecznie wylądowali tym starym trupem. A był to Boeing 737 – prawie taki sam jak ten.
         Mój biedny sąsiad drgnął i miałem wrażenie, że zemdleje.
         -Piloci mieli jaja – rzekła gruba.
         -Jeden, – poprawiłem ją – bo drugim była kobieta.
         -Ha! Kobiety górą. Ja tez mogłabym być pilotką.
         Jezus Maria.
         -Tak czy inaczej, mimo iż samolot rozpadł się, bo przerdzewiały nity i na poszyciu zrobiła się rysa, nikt nie zginął. No, prawie nikt, bo jedną stewardessę wyssało.
         -E tam – gruba postanowiła na stałe włączyć się do naszej męskiej dyskusji. W sumie, z jej wąsikiem nawet się do tego nadawała. – Ale na Kabatach wszyscy zginęli. Tysiąc osób i Anna Maria Jopek. Odpadły mu skrzydła z silnikami i się rozbił o drzewa.
         -Nie tysiąc, tylko niecałe dwieście. Anna Jantar – wykonałem piękny akcent werbalny - zginęła siedem lat wcześniej w innej katastrofie. Żadne skrzydła nie odpadły. A zresztą, ten samolot nie miał silników na skrzydłach.
         -A niby gdzie? – Wrzasnęła oburzona grubaska – w bagażniku?
         Ten żart jej się udał. Przynajmniej w jej własnym przekonaniu, bo ryknęła tubalnym śmiechem. Czy dobrze mi się zdawało, że szyby zadrżały? Tak czy inaczej postanowiłem wykorzystać sytuację.
         -A o Air China pan słyszał? Tam to dopiero była heca. Piloci przypadkowo wyłączyli autopilota. I samolot – a był od tego ze trzy razy większy – wpadł w korkociąg i zaczął spadać. Kurde z wysokości 13 kilometrów…
         -Szanowni państwo – przerwał mi głośnik – jako kapitanowi miło mi powitać państwa na naszym pokładzie. Informuję, iż lecimy na wysokości trzynastu kilometrów nad ziemią i…
         Scarey skurczył się jeszcze bardziej. Gruba wciąż jeszcze się śmiała. Musiałem działać, żeby mi biedak nie zszedł na zawał, bo to by fatalnie wpłynęło na statystykę bezpieczeństwa lotów.
         -No więc spadali – wydzierałem się przekrzykując głośnik i czynione przez kapitana propozycje zakupu loterii Ryanair.  – A sztuczny horyzont zupełnie zwariował. Wszystko to działo się w chmurach i piloci nie mieli żadnego punktu odniesienia. Ale jak tylko wypadli z cumulonimbusa – bez kitu, naprawdę tak powiedziałem – na wysokości zaledwie 300 metrów, i jak tylko zobaczyli wodę, to srututu, wyrównali i polecieli dalej.
         -Kitujesz – powiedziała największa znawczyni katastrof lotniczych. Właściwie to sama była jedną z nich. – To jest niemożliwe i koniec. Samolot by spadł i wszyscy spłonęliby żywcem.
         -To było nad oceanem. Mówiłem przecież.
         -I co. W wodzie benzyna też się pali.
-Samoloty nie latają na benzynę, tylko…
         -Tylko na gaz. No dobra. Wszystko jedno.
         -Na kerozynę.
         -Na co?
         -Nieważne. Nie przeszkadzaj, usiłuję pomóc temu biedakowi.
         -Ta jasne. Jakieś katastrofy mu opowiadasz.
         -Udowadniam jedynie, że piloci to świetni fachowcy i…
         -Akurat. A słyszałeś o tym arabusie, co się wnerwił że chcą go wywalić z roboty i celowo rozwalił samolot?
         No nie. To już oznaczało wojnę. To ja tu się staram pocieszyć człowieka, a ta mi jawną dywersję prowadzi.
         -A Gimli Glider? – zapytałem tonem „ja-wiem-wszystko-o-światowym-lotnictwie”. – Słyszeliście o szybowcu z Gimli?
         Gruba nie słyszała. Podejrzewam, że nie wiedziała również, co to w ogóle jest szybowiec.
         -No więc w Boeingu 767, takim dużym, z szeroką kabiną, zabrakło paliwa, bo został źle zatankowany…
         -Pierdzielisz.
         -…i nagle, w trakcie lotu wyłączyły się oba silniki. Samolot zaczął szybować. Wyłączyły się wszystkie systemy. Piloci szybko obliczyli, jak daleko są w stanie dolecieć. Wyszło im, że jedno lotnisko jest za daleko, a drugie za blisko. Ale nie mieli wyjścia. Musieli lądować na tym bliższym. W miejscowości Gimli. Byli za wysoko i lecieli za szybko, ale pilot wprowadził samolot w lot ślizgowy i udało mu się wylądować. Złożyło mu się przednie podwozie i dzięki temu udało się zatrzymać. A najlepsze jest, że to małe lotnisko nie było już lotniskiem, tylko zamieniono je na pas do wyścigów na ćwierć mili. I tego dnia – w weekend – siedziała na nim masa ludzie wpieprzających barbecue.
         -Cholerni Amerykanie.
         -To było w Kanadzie.
         -Jeden pies. I nikt nie zginął? Nawet jedna osoba?
         -Nikt nie zginął.
         -Też mi katastrofa. Nuda jakaś.
         -Przepraszam bardzo – nad moją głową rozebrzmiał przyjemny, acz stanowczy głos pięknego stewarda. Pedał, jak nic. – Straszy nam pan pasażerów, swoimi opowieściami.
         -Ale ja przecież… Ja o heroizmie. O profesjonalizmie…
         -Pan kapitan prosi, by pan do niego przyszedł.
         A niech to szlag.
         Minięcie scary flyera było dość trudne, ale i tak banalnie proste w porównaniu z minięciem grubej pseudostewardessy. Kiedy mi się usunęła odniosłem wrażenie, że samolot odrobinę przechylił się na lewe skrzydło.
         Steward o odmiennej orientacji zaprowadził mnie na dziób samolotu. Zapukał do drzwi kabiny pilotów. Drzwi otworzyły się. Wszedłem.
         -I co ja z panem mam – powitał mnie nieprzyjemnie znajomy głos. – Co razem lecimy, to skargi. Pan chyba nie dojrzał do cywilizowanego podróżowania.
         -A wie pan – odpowiedziałem mu – jak ostatnio zabrał mi pan komputer, to zginęło mi z twardego dysku dziesięć giga pornoli. Czy mógłby mi je pan zwrócić?
         Perfidny uśmieszek zniknął z ust kapitana. Pojawił się natomiast na ustach drugiego pilota. Skrycie, rzecz jasna.
         -Powoduje pan permanentne zagrożenie w ruchu lotniczym.
         -Raczej nie większe, niż kapitan walący konia przy filmach dla dorosłych. Niech pan przyzna, robi pan to podczas lotów? Ej kolego – zwróciłem się do drugiego pilota – czy kapitan często wychodzi do łazienki?
         -Proszę nie rozpraszać mojego pierwszego oficera! – wrzasnął kapitan. Za sekundę podniósł się ze swojego miejsca i stanął ze mną oko w oko.
         -Wybiera się pan do łazienki, kapitanie? Może zawołać panu stewarda do towarzystwa?
         -Nie. Wybieram się, żeby spuścić panu wpierdol.
         -Doprawdy kapitanie. Kto będzie prowadził brykę, kiedy panu połamię nos? Powinien pan być nieco bardziej odpowiedzialny.
         Kapitan zbladł. Potem zrobił się czerwony. I znów zbladł.
         -Niezły z ciebie cwaniak – kapitan przełamał w końcu barierę i przeszedł na „ty”. Od razu poczułem się z nim bliżej związany.
         -Się wie – rzekłem. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami.
         -A czy wiesz – zapytałem, ot tak sobie, stanowczo od niechcenia – że autopilot jest wyłączony?
         -Co?
         -Autopilot jest wyłączony.   
         -Kapitanie – zawołał pierwszy oficer. Mój przeciwnik rzucił się do swego fotela.
         -Dlaczego nie trzymasz sterów, kiedy opuszczam stanowisko? – wrzasnął na drugiego.
         -No bo przecież włączył pan autopilota.
         -Dlaczego nie monitorujesz przyrządów?
         -A dlaczego ty walisz łapami w co popadnie i wyłączasz autopilota rzucając się do bójki z pasażerem – wydarł się wyraźnie podenerwowany – a nie, przepraszam, to złe słowo, no więc - wydarł się wyraźnie wkurwiony pierwszy oficer. Pięć punktów na mojej prywatnej skali fajności. Już gościa lubię.
         -No… Przepraszam Tom. Okej. Mój błąd – zreflektował się pryncypał, korygując ułożenie sterów. Samolot zaczął się wznosić, więc na wszelki wypadek usiadłem na jumpsicie i przypiąłem się pasami.
         -No nie. Taka menda mi leci na jumpsicie – wyraźnie zbulwersował się kapitan.
         -Ryanair 007, dlaczego obniżyliście pułap o tysiąc stóp? – zabrzmiało w radiu.
         -Eee – zająknął się dowódca – mieliśmy małą awarię. Ste… Stery nam wysiadły.
         -Czy zgłaszacie sytuację awaryjną?
         -Nie, nie. Nasz mechanik pokładowy już to naprawił.
         -Ale wy nie macie mechanika pokładowego – zdziwił się kontroler obszaru Szerlock Holmes.
         -Ja trochę majsterkuję – odparł drugi pilot. Zapiszę mu za to kolejny punkcik. Tom ma już ich u mnie 6.
         -No dobra – kontroler-szyderca nie chciał odpuścić – ale nie róbcie tego więcej. Mogliście się zderzyć z tym A380, co leci od wschodu, 1100 stóp poniżej waszego poziomu lotu.
         -Ściemnia – rzekłem bez cienia emocji. - W tym obszarze nic nie lata od wschodu.
         -Hej, kto tam gada w kokpicie?
         -To nasz „plus jeden” – poinformował Tom.
         -To niech się lepiej zamknie, jasne? - No. To wznieście się łaskawie na flight level 350 i nie zawracać mi dupy więcej. Bez odbioru.
         -Flight level 350. Nie zawracać dupy – zgodnie z przepisami Tom powtórzył instrukcje.
         Praca w kontroli lotów to niezły czad. Nie ma co.
         W kokpicie zapanowała chwilowa cisza.
         -To jak właściwie się nazywasz? – zapytał mnie Tom.
         -E. Duch.
         -O kurwa. Już się boję – rzekł nieco pojednawczo kapitan.
         -Ja jestem Tom. A kapitan to Myron.
         -Myron?
         -Morda w kubeł!
         -Niech się pan nie unosi, kapitanie Myron.
         -Kurwa, a mogłem pracować na kolei. Siedziałbym sobie w lokomotywie, co najmniej dwadzieścia metrów żelaza od najbliższego idioty.
         -Ej Tom, powiedz mi, czy nasz pan kapitan nie ma dziś okresu? Nie jest chyba w humorze. A może pan przypadkiem skasował moje filmy. Spoko, można coś kupić na e-buy’u.
         Kapitan nic nie odpowiedział, z czego wywnioskowałem, że już mu wystarczy. Szkoda, jeszcze bym się nad nim poznęcał.
         -Zawsze marzyłem, by lecieć na jumpsicie – rzekłem trochę bardziej do Toma. – Ale wiadomo. Kapitan musi być tak miły, by na to zezwolić.
         -Prędzej się zesrasz niż ci pozwolę. – kapitan był nieco nie na bieżąco chyba.
         -Oh. Ach. Ranisz moje uczucia. Myron. Wspiąłeś się już na 350? Bo ten A380…
         -Będą niezłe jaja – zaśmiał się Tom – jeśli się rozbijemy i ktoś będzie odsłuchiwał nagranie z CVR. Rodzina dwustu ofiar śmiertelnych płacze w pomieszczeniu zbiorczym, a obok śledczy umierają ze śmiechu odsłuchując taśmy.
         -Ej Myron. Może przygotuj sobie jakąś fajną kwestię na tę okoliczność.
         -Pierdol się.
         -Fajne. Lotne. Może zagrać.
         I tak sobie lecieliśmy w miłym towarzystwie. Jeśli o mnie chodzi – stanowczo wolałem Kapitana Myrona, niż Scarey’a i grubą przyszłą pilotkę. I w głębi serca wierzyłem, że Myron też wolałby mnie niż nich. Z dwojga złego. Trojga raczej. Nie wiem dlaczego, ale właściwie byłem tego pewien.
         Minęliśmy Kanał La Manche, potem lecieliśmy chwilę nad Anglią. Potem znowu woda. I w końcu w oddali zamajaczyły zielone wybrzeża Irlandii. Pięknie wyglądały z tej perspektywy. Nigdy tego nie zapomnę.
         Myron podniósł mikrofon.
         -Szanowni państwo – ależ ten Myron był uprzejmy. Czaruś. – Bardzo proszę o powrót na swoje miejsca i zapięcie pasów. Rozpoczynamy zniżanie do lądowania w Dublinie. Będziemy na miejscu za dziesięć minut. Na zewnątrz panuje przyjemna temperatura, dwadzieścia stopni Celsjusza. Lekki deszczyk przynosi orzeźwienie. Dziękujemy, że wybraliście państwo linie Ryanair.
         -Dlaczego on się tak szybko żegna z pasażerami? Boi się, że nie trafi w pas i nie będzie już miał okazji.
         -Morda w kubeł – Myronowi skończyły się teksty, więc zaczął się powtarzać. Zastanawiałem się, czy zdążył na czas wyłączyć mikrofon. – Ja zawsze trafiam w pas.
         -Och, dzięki Bogu, Myron.  
         Podejście było dość trudne. Zapowiadany przez kapitana deszczyk okazał się nieprzyjemną ulewą. Samolotem trzęsło jak diabli. Scarey musiał się mieć z pyszna. Na szczęście podstawa chmur była dość wysoko i mieliśmy, o pardon, załoga miała doskonałą widoczność. Muszę przyznać, że Myron jest doskonałym pilotem. Prowadził maszynę bardzo pewnie. A że raz mu się tam autopilot kiedyś wyłączył? E, tam. Zdarza się najlepszym. Tak czy inaczej teraz schodziliśmy elegancko, a kapitan co chwila wydawał skomplikowane polecenia typu: :”klapy – ileś tam”, „spoilery – ileś tam”, „podwozie w dół” i tym podobne.
         I nagle stało się coś dziwnego. Zrobiło się dziwnie ciemno. W jednej chwili pas się przed nami rozmył. Ulewa przybrała na sile. Wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody. Myron i Tom byli opanowani i nic nie było w stanie zmącić ich spokoju. Podchodzili na pełnym luzie.
         „One hundret” ozwał się automat. „Ninety”, „Eighty”…
         -Myron – szepnął Tom.
         „Seventy”
         -Myron.
         „Sixty”.
         -Myron!
         -Czego?
         „Fivety”.
         -Myron, czy mi się zdaje, czy mamy traffic na pasie.
         „Fourty”.
         -O kurwa - wrzasnął Myron i błyskawicznym ruchem zwiększył ciąg silników. Samolot skoczył w górę –Zdejmij mi spojlery. Klapy na startową. Chowaj podwozie.
         -Ryanair 007, go around. Go around! – wykrzyknął w tym samym momencie kontroler z wieży.
         -Zajebie go! – parsknął wściekły kapitan.
         -Co to było? Coś stało na pasie.
         -Ten idiota wydał clearance na zajęty pas. Niech go dorwę w swoje łapy!
         Myron wcisnął przycisk radia.
         -Wieża! Śpicie tam do cholery?
         -Sorry – odezwała się wieża. – Błąd w komunikacji.
         -Z dupy ci zrobię błąd w komunikacji.
         -Spokojnie kapitanie.
         -Debile! Mogliście nas zabić, a teraz „spokojnie kapitanie”? Amatorzy!
         -A chce pan sobie karnie wrócić do Warszawy? – zapytał niewzruszony kontroler. Muszę zapamiętać te technikę. Myron wściekle przełknął ślinę.
         -Poproszę o nowy wektor na pas. – rzekł przez zęby.
         -Spoko. Ale wypadliście z kolejki. Musicie poczekać na holdingu. Tymczasem wznieście się na 1500 stóp, kurs… hmm bo ja wiem? Co by wam tu dać? O. Niech będzie 090 i zawrócicie nad zewnętrznym markerem. Miłego dnia.
         W tym samym czasie z kabiny pasażerskiej dał się słyszeć głośny krzyk.
         -Co tam się kurrrrrrrrrrrrrrrrrwa  dzieje? – wrzasnął Myron, w którego oczach widziałem rządzę mordu.
         -A to pewnie Scarey.
         -Kto?
         -Scary flyer. Taki, co się boi latać. Siedział obok mnie.
         -Jak się nie zamknie, to osobiście go uduszę po wylądowaniu.
         -No wiesz Myron? Trochę empatii. Naprawdę.
         Odpiąłem pasy.
         -Gdzie leziesz?
         -Będziesz tęsknił? Idę uspokoić Scarey’a, bo twój steward – pedał sobie nie radzi.
         -Pierre nie jest pedałem. On jest bi, ty ćwoku.
         -Och, ta liberalna Europa.
         Otworzyłem drzwi do przedziału pasażerskiego i zobaczyłem Pierra mocującego się z moim byłym i przyszłym sąsiadem. Mam wrażenie, że ta świnia wykorzystywała sytuację i klepała przestraszonego biedaka po tyłku. Ale może mi się zdaje. Podszedłem do nich i pomogłem Scareyowi wstać. O dziwo – trochę się uspokoił na mój widok. Wróciliśmy razem na nasze miejsca. Grubej nigdzie nie było. Podejrzewam, że wyskoczyła ze spadochronem i to ją właśnie widzieliśmy na pasie tuż przed lądowaniem. Choć wcześniej byłem niemal pewien, że był to któryś z Airbusów.
         Drugie podejście było już udane. Myron posadził maszynę mięciutko. Silnik zagrały nieco fałszywie, kiedy załączył się przeciwciąg. Samolot zwolnił. Po chwili tempem spacerowym stoczył się z pasa na drogę kołowania. Niedługo później stanął pod terminalem. W międzyczasie odnalazła się gruba, która – jak się okazało – wyszła do kibla. Podczas lądowania – dacie wiarę? To cud, że nie doprowadziła do gwałtownego przechyłu. Myron jest jednak świetnym fachurą.
         Scarey odzyskał wigor, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Wyjąłem swoje bety z bagażnika nad głową i błyskawicznie skoczyłem w kierunku wyjścia. No, „błyskawicznie” to może trochę przesada, ale chciałem to uczynić jak najszybciej. Wiadomo. Nadciągał PRL.
         Kiedy byłem już niemal przy samym kokpicie, jego drzwi otworzyły się. Zajrzałem do środka.
         -Dzięki za fajną podróż chłopaki – uścisnąłem rękę Toma. Potem podałem dłoń Myronowi. – I dzięki za pozwolenie na lot na jumpsicie, kapitanie.
         -Spierdalaj! – Pożegnał się Myron, ale dłoń mi uścisnął.
         Pierre wyczuł klimat i też chciał mnie pożegnać. Ciepło.
         -O patrz Pierre. Samolot.
         Odwrócił się. Zboczenie zawodowe. A ja byłem już na schodkach witając przyjemny irlandzki deszcz. Biegłem przeskakując po dwa stopnie na raz. Zanim schowałem się przed nieprzyjazną aurą w terminalu, spojrzałem jeszcze raz w stronę samolotu. Myron i Tom  sprawdzali jeszcze checkistę. Profesjonaliści w każdym calu.
         Całe lotnisko przebyłem niemal sprintem. Zatrzymałem się tylko przy punkcie celnym. Latanie bez bagażu jest bardzo wygodne. Właściwie można powiedzieć, że trwa ono o pół godziny krócej. Tyle mniej więcej zaoszczędziłem dzięki temu, że nie musiałem się przepychać po swój bagaż. Pięknie.
         Gdy tylko wybiegłem ze strefy zamkniętej, wpadłem na Rafała. Czekał już na mnie. Uściskaliśmy się serdecznie.
         -O kurna, co to za broda – zapytałem. Rafał wyglądał trochę jak szkocki yeti.
         -Witaj na wyspach. Tu każdy ma taką. – rzekł z szerokim uśmiechem mój druh. Ale chyba ściemniał. W całej poczekalni nikt nie mógł się pochwalić takim zarostem.
         Chciało mi się palić, więc wyszliśmy na zewnątrz. Potem postanowiliśmy jeszcze napić się lotniskowej kawy. Obrzydliwej. Podobnie niesmacznej jak brytyjskie śniadanie, składające się z kiełbasek, jajka sadzonego, boczku i fasolki. Wspomniałem o tostach? No to jeszcze tosty.
         W końcu, najedzeni udaliśmy się w kierunku lotniskowego parkingu. Przywitałem się ze srebrną Hanią Accord.
         -Zapomnij, że dam ci poprowadzić – rzucił krótko Rafał.
         -Wcale nie chce. Padam na twarz.
         -Tak? To dlaczego szarpiesz klamkę od drzwi kierowcy? – Rafał wyszczerzył zęby, przez co jeszcze bardziej upodobnił się do człowieka z gór. Cholerny ruch lewostronny. Zrobiłem głupia minę i przeszedłem na właściwą stronę samochodu. Centralny zamek zapikał. Chwyciłem za klamkę i wrzuciłem torbę na tylne siedzenie. Już chciałem wsiąść do środka, gdy nagle tuż obok nas, z piskiem opon zatrzymała się wielka Toyota Land Cruiser. Szyba odsunęła się. Wewnątrz terenówki ujrzałem szeroko uśmiechniętą gębę Scarey’a.
         -Jestem Aiden. – Jego głos był niski i chropowaty. Zdałem sobie sprawę, że były to jego pierwsze słowa skierowane do mnie. – Aiden McFlyer. (Taa, flyer, kurwa)
         -A ja, eee, Duch.
Aiden McFlyer uśmiechnął się, po czym depnął pedał gazu, a jego Toyota z wyciem potężnego silnika skoczyła do przodu.
         Srebrna Hania pod wprawną ręką Rafała wytoczyła się z parkingowego budynku. Irlandia powitała mnie kleksem rozlanym na niebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz